Vettakollen, skąd widać Oslofiord

Sprzątałam przed przyjazdem moich mężczyzn. Kroiłam marchewkę, ubierałam pościel, przygotowywałam ubrania w szafie.

– Może być ładny zachód słońca, możemy sprawdzić to nowe miejsce widokowe – oznajmił Tomasz. Od słowa do słowa, od rzucenia okiem przez okno do spakowania wszystkich rzeczy – ruszyliśmy. Samochodem, bo we trójkę wychodzi ekonomiczniej.

Droga pod górę, od ostatniego miejsca do parkowania, była dość stroma i trudna. Na ścieżce zalegał jeszcze lód, pełno było również min, zostawionych przez czworonogi, których właściciele stwierdzali, jak widać, że skoro są już w lesie, to ich zwierzę może  swobodnie walić na ścieżkę. Eh. Droga była więc niełatwa, ale – warta zachodu.

Na szczycie każdy zajął się swoimi sprawami; tym, po co przyszedł. I tak Tomasz robił zdjęcia, Basia malowała, ja – czytałam.

Samego zachodu niestety nie doświadczyliśmy, bo z Południa nadpłynęły chmury – które dla nas były mgłą. Wracaliśmy więc w „mleku”…

Autorką zamieszczonych zdjęć jest Basia. Brawa dla niej!

Skatt – drugie podejście

Dziś nadszedł ten dzień. Dzień rozliczenia. Kody wymagane do pierwszego logowania przyszły pocztą. Nie pozostała więc żadna przeszkoda. Trzeba uczynić swoją powinność. Rozliczanie w moim wykonaniu można podzielić na pięć faz (jak żałobę) – nie mogę oprzeć się pokusie:

Faza 1: Zaprzeczanie. Jest to ten czas, kiedy oszukuję się, że jeszcze dużo czasu. Że spokojnie, na luzie. Czytam sobie książkę, siedzę w plamie słońca. Takie spokojne YOLO w moim stylu – ale gdzieś nade mną wisi ten miecz Demoklesa.

Faza 2: Przygotowanie miejsca. Polega to na przeniesieniu wszystkich papierów, które mogą mieć jakiekolwiek znaczenie, w jedno miejsce. Ale należy je jeszcze malowniczo rozłożyć, tak, żeby stworzyć twórczą atmosferę i w jakiś sposób nastroić się do zadania.

Faza 3: Rezygnacja. To moment, kiedy trzeba zająć się czymś innym, bo przewody grożą przegrzaniem. Dziś ulgę w myśleniu przyniosła kolorowanka z budynkiem parlamentu: 

Faza 4: Rozliczenie. Jak widać, nie ma lekko.

Faza 5: Ulga. Teraz można wrócić do życia. Co wymagało zrobienia, zostało zrobione. Życie znów nabiera kolorów. 

W praktyce były to 4 kliknięcia na stronie urzędu podatkowego i voila!  – dokument przesłany.

W poszukiwaniu wiosny

Wiosna przychodzi powoli. Powoli, bo norweskie kwiaty nie spieszą się, drzewa i krzewy ledwie zaczynają pokazywać malenkie pączki liści. Wczoraj, spacerując sobie po skansenie na wyspie Bygdoy, szukałam tych nielicznych oznak, że już, już niedługo Oslo zakwitnie.

Przy odtworzonej aptece z XIX wieku, w ogrodzie, znajdował się niewielki ogród botaniczny. Ogródek właściwie. I dobrze pokazywał, dlaczego nie warto odwiedzać takich miejsc u progu wiosny:

Oprócz przylaszczek (fioletowe drobne kwiatki na pierwszym zdjęciu), porastających zalesione, ale słoneczne stoki pagórków na wyspie, jeszcze tylko krokusy się odważyły. Ku radości pszczół. Bo pszczoły już się obudziły, więc teraz czekamy na wiosnę razem – i ja i pszczoły.

PS. Zdjęcia pochodzą z wczoraj. Dziś chmury, mgła, wszechobecna szarość sprawiają, że świat wygląda dla mnie tak, jakbym miała na nosie brudne okulary. Nie mam, sprawdziłam.

Turist i egen by – 6 muzeów

Turist i egen by  znaczy „turysta we własnym mieście”. Pod tym szyldem centrum informacji turystycznej w Oslo już od kilku lat w jakąś wiosenną niedzielę rozdaje mieszkańcom darmowe OsloPass – bilety całodobowe do niemal wszystkich muzeów. I na komunikację miejską od razu.

Zaopatrzyłam się w mój bilet – kod do aplikacji (nowoczesność w domu i zagrodzie!) – już wczoraj, więc dziś pojechałam prosto na Bygdøy. Mój plan dnia objął:
1. Folkemuseet – skansen i muzeum ludowe (tu się załapałam na krakersy z niebieskim serem i wystawę rękawiczek dzierganych w Selbu – i kawał fajnego, ludowego koncertu)

2. Vikingskiped – muzeum łodzi wikingów

3. Kon-Tiki – muzeum podróży Thora Heyerdahla, dzięki której udowodnił, że był możliwy kontakt między wyspami Polinezji a Ameryką Południową.

 

4. Norsk Maritimt museum – Bardzo szeroko i w wielu aspektach poruszające temat związku Norwegii z morzem.

5. Fram – muzeum wypraw na bieguny.

 

Po opuszczeniu wyspy skierowałam się do jeszcze jednego muzeum – Nobels fredssenter – muzeum pokojowej nagrody Nobla. Nie zawiodłam się.

Na sam koniec odwiedziłam kościół.  Poszłam na anglojęzyczną mszę, bo taka akurat miała być, kiedy skończyłam szwendanie się. Opowiem, być może, więcej, ale kiedy indziej. Na razie dotleniona, zmęczona i szczęśliwa – idę spać.

Munch, Gaugin i słońce

Wybierałam się dziś na miasto – moim dokładnie wymytym rowerem. Bo ciepło, słonecznie. I miałam misję: sprawdzić obecną wystawę w muzeum Muncha (zmiana nastąpi już 23.04, więc już czas mi się kończył); zdobyć OsloPass na jutro, żeby zaliczyć wyspę muzealną, nacieszyć się słońcem i zrobić zakupy. Wszystko się udało.

Muzeum Muncha przeobraża się całe. Wyglądało zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy na wystawie Munch + Bjørlo. Po kontroli bezpieczeństwa tym razem wchodziło się w mrok. Z mroku wyłaniały się obrazy: często na dwóch ścianach tak rozłożone, by jedna prezentowała dany motyw u pierwszego, druga – u drugiego z artystów.  Kobiety i woda, bogowie, mitologia, biblia, femme fatale, etc.

Tak właśnie wyglądało porównanie: ściana Gaugina vis a vis ściany Muncha. Z podobnym motywem.

Trzy serie litografii Gaugina doczekały się własnych, kolorowych pseudopokoi w  mrocznych pokojach.

 Największe wrażenie zrobił na mnie właśnie „Metabolizm. Życie i śmierć” Muncha. Jestem pełna podziwu. Rama uzupełnia i komentuje mit: korzenie drzewa splatają się z czaszkami – drzewo poznania wyrasta więc ze śmierci. A czaszki są dwie – zwierzęca i ludzka, gdyż  śmierć zrównuje wszystko. Inaczej ma się rzecz z koroną drzewa – górna poprzeczka ramy przedstawia miasto. Cywilizacja staje się więc niejako owocem grzechu – bo w koronie przecież rosną owoce właśnie.

Po odwiedzeniu muzeum zajechałam na dworzec główny, odebrałam kod, by jutro kontynuować zwiedzanie jako turysta w swoim własnym mieście.  Potem na wybrzeżu czytałam książkę, ciesząc się promieniami słońca. Czekałam na to. Zakupy też się udało zrobić. I nie zapomnieć o niczym ważnym.

Dziś po raz pierwszy poczułam, że Oslo jest moim miastem. Stało się nim niespodziewanie, jakoś wyszło z zimy już jako moje. To bardzo dziwne uczucie. Towarzyszy mu bliżej nieokreślona tęsknota. Jednak – bardzo to miłe: być u siebie.

Mole i konie – norweskie wyrażenia

Chodzi o książki, a skoro o książki, to i o czytelników. Dokładniej – czytelników zawziętych, którzy kochają czytać (swoją drogą tutaj już mi się zdarzyło 3 obcym osobom odpowiadać na pytanie: „możesz tak czytać i iść, czytając?” – zadane notabene,gdy szłam i czytałam, więc raczej jako pytanie retoryczne).

Bibliofil to po norwesku… bibliofil. Mało zaskakujące. Ale można przecież też inaczej… Miłośnik książek może zostać tu, na Północy, złożony w zgrabne bokelsker; elske – to kochać, bok – to książka. Tak się nazywa też strona, na której znalazłam wyjaśnienie bardziej zaskakującego terminu – lesehest.

 przykład lesehesta w środowisku naturalnym, z czytnikiem na poduszce.

Lesehest znaczy dokładnie koń czytelniczy; lese – czytać, hest – koń.  Najstarsze użycie tej zbitki wyrazów zanotowano w norweskim w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, poczodzi ono z duńskiego. Złączeń z koniem używało się do podkreślenia, że osoba wykonuje jakąś czynność nie żałując sił, na wysokich obrotach, intensywnie. Stara strona NRK podaje za przykład arbeidshest – ktoś pracowity.

Oczywiście, międzynarodowy robak zjadający papier trafił również do języka norweskiego. Polacy mają mola książkowego, anglicy bookworm, norwedzy -bokorm. Dopiero na norweskiej wikipedii znalazłam możliwą etymologię tego wyrażenia. Bo skąd skojarzenie, że jak ktoś czyta, to zjada książkę? Na tym skojarzeniu zasadza się termin „mól książkowy”, ale ono przecież nie nasuwa się samo. Więc skąd?

Otóż istnieje teoria, że z Apokalipsy św. Jana! Jest tam fragment, w którym anioł podaje Janowi książkę i mówi „weź i zjedz ją” (po norwesku dokładnie: „Ta den og et den”, cały fragment: „Poszedłem więc do anioła, mówiąc mu, by dał mi książeczkę. I rzecze mi: <<Weź i połknij ją, a napełni wnętrzności twe goryczą, lecz w ustach twych będzie słodka jak miód>>” – Ap 10, 9). Nie jestem przekonana do tej teorii, ale jest ona na ciekawa. Godna zastanowienia.

cytat ze „Wzgórza psów” Żulczyka

Dziś o książkach, bo oto skończyłam czytać „Modyfikowany węgiel” – odskocznię od norweskojęzycznej lektury, po egzaminie musiałam odpocząć, a w pracy – kończyłam słuchać sagi o Wiedźminie Sapkowskiego. Również serialowo – podczas dzisiejszego treningu zakończyłam po 4 sezonach śledzenie Battelstar Galaktiki. Cóż, coś się kończy, coś się zaczyna – wracam do „Odinsbarn” Siri Pettersen i szukam nowego serialu (przecież do czegoś trzeba ćwiczyć!).

 

Słońce, rower i prawie wiosna

Od kilku dni pogoda rozpieszcza: od rana do wieczora świeci słońce, a temperatura powoli rośnie. Nie było tu marcowego garnca, nie ma kwietniowego przeplatania – powoli wychodzimy z zimy. W górach dookoła Oslo leży śnieg, słońce dalej nie uporało się z jego pozostałościami na ocienionych trawnikach w mieście – ale to tylko resztki. Pojawiają się nieśmiałe krokusy, ale wszystkie drzewa i krzewy czekają. Dam znać, gdy się obudzą.

Wyciągnęłam na pierwszą przejażdżkę mój rower. Muszę go umyć, ale poza tym i dopompowaniem tylnej dętki – wszystko w porządku. Jest cudnie. Pojechałam nim do Vollebekk – tam dostarczono zamówioną przez mnie paczkę z filtrami do wentylacji w naszym mieszkaniu. Trasa nie za daleka, a dobra, by sprawdzić, czy po zimie wszystko działa bez zarzutu. Działa. Polecam Port rowerowy we Wrocławiu.

Słońce wzeszło dziś o 6:06, zaszło zaś o 20:30. Mój dzień jest o niemal godzinę dłuższy niż wrocławski!