National Galeriet i mężczyźni

Przybyli do Oslo Blachow i Murlik. Idealnie. Bardzo szczęśliwa obrałam setkę krewetek i pojechałam pod muzeum, gdzie byliśmy umówieni. W czwartki wstęp wolny, a miły ochroniarz zamyka w szafce na klucz walizki i plecaki, więc jest lekko.

Chodziliśmy sobie po muzeum. Oni zaglądali do wszystkich szuflad, w salce do rysowania rzeźby sobie porysowali. Było super. No i przywieźli aparat, a to znaczy, że jakość części zdjęć na blogu wzrośnie.

Po powrocie zrobiłam makaron z krewetkami i śmietaną. A potem, cóż – odpoczywaliśmy.

 

Zakupy, esperanto i słodkie bułki

Wczoraj nie miałam sił i chęci, więc dziś opowiem o spotkaniu w klubie esperanckim. Była nas siódemka, a spotkanie prowadziłam ja z  tematem: język kobiet i mężczyzn. Rozmawialiśmy potem całkiem miło i dość długo o różnych językach: jak w nich działa kategoria rodzaju.

Okazuje się, że kiedy Douglas uczył (w latach 60tych!) w jednej z pionierskich szkół demokratycznych w Norwegii – wraz z uczniami zdecydowali wprowadzeniu do wewnętrznych regulaminów i do języka codziennego neutralnego, nie nacechowanego płciowo, zaimka trzeciej osoby liczby pojedynczej: i tak obok han i hun pojawił się hyn. I tego hyn używali, gdy mowa była o działaniu, którego może dokonywać zarówno ona jak i on. Nie używali nigdy do określonej osoby, bo, jak stwierdził Douglas, jak wiemy o kim mówimy, to wiemy, czy to han czy hun.

Bardzo mi się to spodobało. Bardzo.

Wyjaśniłam, dlaczego karkołomne jest takie podejście w polskim. Nie tylko zaimek – ale i każdy czasownik czasu przeszłego… Szkoda, że a priori w takich momentach odrzuca się rodzaj nijaki. Ono w polskim jest świetne.

Fantastycznie było po powrocie zajadać z Basią ciastka, które dostała w piekarni/restauracji, w której podjęła dodatkową pracę. Praca na razie ograniczyła się do weekendu i poniedziałkowego kursu obsługi kawiarki, którą to naukę Basia nieomal przypłaciła utratą palca. Skaleczenie zalepiła w domu plastrem i ból załagodziło naręcze kanapek, bułek słodkich (i chlebek!), które dostała wychodząc. Omnomnomnom.

Z okazji nowej pracy Basi pojawiła się potrzeba czarnych spodni. Zbiła się w jedno z potrzebą mopa, którego zakup obiecywałyśmy sobie od dość długiego czasu. Dziś po pracy wybrałyśmy się do sklepu. Udało nam się znaleźć mopa za 99NOK, a spodnie – po 199 NOK. „Po”, bo też zakupiłam – moje ulubione, bo dzwonowate. Jestem bardzo zadowolona z zakupu:(po zdjęciu widać, że na szafiarkę nadaję się równie dobrze, co na piekarza)

Teraz niecierpliwie czekam jutra. Jak szybko zasnę, jutro przyjdzie wcześniej!

Spacer z rzeźbami (cz2)

W Spacerze z rzeźbami (cz1) bynajmniej nie zdradziłam wszystkich ciekawych rzeźb. Zostawiłam parę na deser, na następny raz – żeby mi się kochani czytelnicy nie przejedli. Wracam więc do placu zabaw i do dziwnych rzeźb go otaczających.

W Koralinie główną bolączką bohaterki było: jak uniknąć istot, które chcą jej wyrwać oczy by na ich miejsce przyszyć guziki. Ktoś tu był nieostrożny i stracił nie tylko oczy – ale chyba mu to nie przeszkadza:

Jakiś koleś leży sobie i od niechcenia grzebie przy paznokciach:
(Dałam mu liście, żeby odczepił się od paznokci)

Ktoś tu się zamachnął gałęzią, ale czy na pewno wie – po co – na kogo bierze zamach? Wątpię. To zresztą chyba najbrzydsza rzeźba. Te kolorki, ten gładki szlif. Takie – ot – brzydactwo:

Wejście na plac zabaw zdobi front domu. Otwarte drzwi zapraszają do zabawy. Może nie jest to najlepsza rzeźba z zabranych, ale do najgorszej jej również daleko. A ona jedna zdaje się mieć tu jakiś sens. Jakieś znaczenie adekwatne do miejsca. Więc skończę na niej. Na domu:

Kuchenne rewolucje

Podjęłam heroiczną próbę. Wyszłam ze swojej strefy komfortu i poszłam do kuchni. Postanowiłam upiec ciasto.

Miałam wszystko czego potrzeba plus słońce za oknem (rano padało jakby świat miał się skończyć, a niebo spadało na głowy, ale potem wyszło słońce). Wzięłam się za wsypywanie, wlewanie, miażdżenie, mieszanie. Uzyskaną efektowną breję wlałam do formy.

Nie zaglądałam do pieca. Niech się piecze. I piekło.

Efekt piękny, prawda? Może więc pora na lekcję historii i  zwrot akcji?
Nie bez powodu napisałam, że to kuchenne rewolucje. Rewolucja nigdy nie kończy się dobrze. Rewolucja to nieskoordynowany wybuch dobrych chęci, najczęściej bez zrozumienia sytuacji.

I tak było i tym razem:

Moja strefa komfortu jest daleko od piekarnika. Kończy się na patelni. A w samym jej centrum znajdują się kanapa/fotel/łóżko z książką. Morał: rewolucja grozi zakalcem.

(Sad layer – jak słusznie określają to Anglicy. Nie wiem, jak zakalec nazywają Norwedzy.)

Niedzielna pomyłka

Ten dzień musiał nastąpić, musiał przyjść moment, kiedy nie trafię, kiedy wszystko mi się pomiesza. Co prawda obstawiałam, że będzie to w ostatni weekend października, kiedy zacofane państwa każą obywatelom zmieniać godzinę w imię starych zwyczajów. Wyprzedziłam ten moment i pomyliłam Msze święte dziś.

Wybrałam się do st. Olava na 13:00 – na Mszę norweską. Wchodzę jak do siebie, kłaniam się Panu, jeszcze się dobrze nie rozejrzałam, ale muzyka zaczyna grać i… kniom nim niom oł tęł niam ęm… – wietnamski. Trafiłam na Mszę po wietnamsku.

Msze na 13 są prowadzone po norwesku – 3 razy w miesiącu. Raz – w pierwszą niedzielę miesiąca – odprawiana jest o tej godzinie Eucharystia po wietnamsku.

Wyszłam. To jedyna Msza, w której po prostu nie chcę uczestniczyć, bo NIC nie zrozumiem. Do wyboru mam angielską, norweską, polską, od biedy nawet hiszpańską, a tu akurat trafiam na wietnamską. Eh. Poszłam sobie pospacerować po cmentarzu, słońce jeszcze świeciło i starało się ocieplić trochę atmosferę. Spacerowałam między grobami, czytając „To”, aż wybiła 14:00 i zaczął padać deszcz. Schroniłam się w kościele.

Mszę po polsku (14:30) odprawiał Hindus. (Głowy za to nie dam, złamanego grosza nie postawię, ale był brązowy i jakiś mężczyzna w kolejce do konfesjonału mówił, że Hindus). Fantastyczne kazanie: o tym że pozory mogą mylić i o patologicznych rodzinach. Mówił z werwą:
– Odprawiałem msze o ósmej, po mszy przychodzi do mnie kobieta i mówi: „przepraszam” – zaczął kazanie. – Ja się dziwię, za co przeprasza, a ona mówi, że jak weszła do kościoła, to myślała, że się pomyliła co do godziny, albo że ksiądz się pomylił, bo jak to ksiądz Murzyn na polskiej mszy? A tu zacząłem się modlić i okazało się, że tak może być. Podobnie ja podchodzę w kawiarence parafialnej do jakiegoś chłopaka i pytam go, z jakiej części Polski jest, a on – że nie z Polski, że tu się urodził. Jak to pozory mogą mylić, podobnie w dzisiejszej ewangelii…  – przeszedł do tematu.

O rodzinach w Biblii też zabawnie było posłuchać. Adam i Ewa – zjedli to jabłko, już na samym początku im nie szło, ale jak przyszło do dzieci – mój Boże, kogo wychowali – bratobójcę. I później nie jest lepiej. Ezaw zazdrosny o Jakuba, kombinuje… Bracia Józefa wrzucają go do studni… i w ewangelii nadal – tu syn marnotrawny, tu jego zazdrosny brat. I wreszcie ci leniwi chłopcy, z których żaden nie chce pomóc ojcu w winnicy. Wszystko zaczyna się w rodzinie.
– I ja się cieszę – kontynuował wątek, – że przez 13 lat mieszkania w Polsce poznałem tyle dobrych, normalnych, kochających się rodzin, żyjących po chrześcijańsku, a przynajmniej w miłości. Normalnie. I myślę sobie, że ta Europa nie jest taka zła, że jest dobrze. A potem przyjeżdżam do Norwegii i przeżywam tu szok kulturowy…

Msza się skończyła, deszcz nie odpuścił. Więc wracałam w deszczu. Mogłoby być lepiej, ale – jest jak jest.

Spacer z rzeźbami (cz1)

Sobota. Piękna pogoda. Zapach jesieni niesiony przez wiatr znad morza, zapach jesieni i soli. Dzień wolny – pierwszy wolny po 12 przepracowanych. Więc idealny na długi spacer.

Ze spaceru po okolicy przynoszę zdjęcia. Sztuki z natury dziwnej. Rzeźby tu przedstawione otaczają plac zabaw – chyba największy na naszej dzielnicy. Niektóre są niepokojące:

Jeżeli troll unoszący z placu zabaw w nieznanym kierunku złotą laleczkę Barbie nie wzbudza w Was niepokoju – może uda się to dziwnemu starszemu chłopu, siedzącemu na koniku bujanym. Diabeł tkwi w szczegółach – tłusty brzuch miażdży temu panu nagie przyrodzenie przylegające do grzbietu konika:

Słusznie czyni brązowa małpa, oplatająca damską głowę wyłaniającą się z ziemi:

Ta małpa po prostu chce ochronić niewinne oczy tej pani przed widokami tego typu. To dobra małpa. Wszystkiemu z dobrotliwym uśmiechem przygląda się pewien staruszek.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

 

Piątek, ćwiczenia i ciasto

Dziś już ledwo żyję. Od 12 dni codziennie pracuję, 8 dni po 10 godzin dziennie, codziennie też po pracy ćwiczę. Głowa czasem boli od norweskiego, mięśnie bolą od ćwiczeń. Ale i jedno i drugie było do przewidzenia, więc jest zgodne z planem.

Świetnie nam idzie wspólne mieszkanie z Basią – doskonale się uzupełniamy. W tle leci muzyka, ja dyszę sobie na kocyku, robiąc 14. dzień aerobicznej szóstki Weidera, przysiady, skłony, deskę; Basia w tym czasie szykuje chlebek bananowy z czekoladą. Obu nam zajmuje to mniej więcej tyle samo czasu.