Przedświąteczny piątek w pracy

Moc atrakcji w pracy:

  1. Basia wstała o 5 i przyniosła ciepłe słodkie bułeczki,
  2. Na paśniku pojawił się również bezglutenowy tort owocowy i brownie autorstwa bezglutenowej koleżanki,
  3. Na biurkach czekały na nas wytłuczki z drobnymi przedświątecznymi prezencikami (czekoladowe zające, maleńka doniczka i nasiona rzeżuchy, jajkowata świeczka),
  4. Comiesięczna aktywność w ramach budowania zespołu miała tym razem kształt quizu, który nie był jakoś szczególnie sensowny, ale moja drużyna (Bojan, Soh, Jarle, Pia, Youki, ja) – wygrała,
  5. Påske loteri – w Wielkim Poście można było kupić losy i teraz wylosować słodycze i wina. 

Bawi mnie ta praca tutaj.

Ciepło i słonecznie

Świeże, pachnące powietrze. Intensywne słońce. Błękitne niebo. Ciepło.
Chciałoby się iść na długi spacer. Ale należałoby się uczyć. Bo egzamin sam się nie zda.

Lub czytać o „halelause som ikke kan favne, som er jordblinde” i mieć nadzieję, że słownictwo wejdzie jakoś do głowy. Przez osmozę.

Mitologie i Wiedźmini

W pracy od poniedziałku słuchałam opowiadań o Wiedźminie Sapkowskiego – obu tomów: „Ostatnie życzenie” i „Miecz przeznaczenia”. Z nowych spostrzeżeń: za pierwszym razem nie zauważyłam, jak świetnie jest zaplanowany pierwszy tom, jak każde opowiadanie odsłania po kolei ważne elementy życia bohatera i jak głos rozsądku ładnie łączy te części.  Ze starych spostrzeżeń: wzruszają mnie za każdym razem te same słowa, sytuacje, opisane w drugim tomie. Chociaż od tamtej mnie, która czytała wydanie polityki – na szorstkim papierze z mikroskopijnym marginesem – dzieli mnie już pół życia – to reaguję tak samo na opis Brokilonu czy wzgórza Sodden.

Piękny wschód słońca skłonił mnie do poszukiwań boga czy bogini zań odpowiedzialnych. Bo że Eos, różanopalca bogini jutrzenki maluje tak niebo na Południu – to wiem. Ale kto zajmuje się tym na Północy?

Nie znalazłam wśród nordyckich bogów nikogo, kto by tu pasował. Od biedy mógłby być Hejmdal – strażnik tęczowego mostu wiodącego do Asgardu, patron tęczy i  światła dziennego. Z nim związany jest ciekawy mit, jak to Asowie zaczęli szykować się do wojny z Jotungami. Hejmdal oto przebrał się za wędrowca, przybrał imię Rig i zszedł na ziemię. Przespał się z trzema bezdzietnymi małżeństwami (tak, małżeństwami, nie małżonkami) i każdej parze urodził się chłopak – jeden zapoczątkował „plemię” niewolników, drugi wolnych, a trzeci – władców i wojowników. Ci wojownicy, gdy umrą w bitwie, są zabierani do Walhalli, gdzie szykują się do ostatecznej bitwy.

Zauważyć więc można, że Asom przesadnie się nie spieszyło.

Gdy bogowie olimpijscy wdali się w rozprawę z gigantami też okazało się, że nie bardzo będą w stanie zwyciężyć. Jakaś przepowiednia mówiła, że to człowiek musi pokonać gigantów. Ale wojna już trwała, nie było czasu płodzić nowych bohaterów, czekać aż dorosną i umrą. Więc Atena poszła po Heraklesa, a on zapewnił bogom wygraną.

To szukanie bóstw wraz z lekturą „Odinsbarn” i Wiedźmina prowadzi mnie do smutnej refleksji o braku mitologii słowiańskiej. Podejrzewam, że działo się w niej wiele ciekawych rzeczy. Podejrzewam, że była fantastyczna. Szkoda, że jej nie ma.

Przeklinać po norwesku

Jak przeklinać po norwesku, to na pewno nie w kościele, vær så snill. Bo to się może źle skończyć

Norwedzy mają takie powiedzonko, jak jest bardzo zła pogoda, najlepiej niech zaatakuje nagle i znienacka (jak wczoraj: rano bezchmurne niebo, od 11 całkiem biało, zamieć, a o 14 na powrót słonecznie i błękitnie) – że ktoś przeklinał w kościele:  noen bannet i kirken.

W ogóle Norwedzy przeklinają bardzo religijnie (jak w tekście piosenki, gdzie: „ktoś bluźni, ale wierzy”). Najczęściej używane brzydkie wyrazy są związane z diabłem i piekłem. Djevel, dæven, dæken to imiona czarta. Helvete czy helsike to piekło. Nasze swojskie wypierdalaj (swoją drogą to jest bardzo ciekawe słowo) zastępuje tu: dra til helvete lub djevel ta deg (odpowiednio: idź do piekła lub niech cię diabli porwą).

Moim ulubionym przekleństwem norweskim jest jednak faen. Długo nie wiedziałam, skąd się wzięło.  Krótkie i  śpiewne. Podobne do angielskiego fuck, ale nie tak szczekliwe. Przez to podobieństwo myślałam od 2011 roku, że znaczeniowo moje faen odbiega od pozostałych norweskich wulgaryzmów i że chodzi o fizjologię, a nie eschatologię. A jednak – okazuje się, że faen to skrócone fanden, co oznacza szatana. Co ciekawe, dodając przedrostek fy zmiękcza się wymowę: fyfaen < faen. Można też nakazać: faen ta deg! – gdy chcemy żeby ktoś poszedł do diabła.

Popularne wykrzyknienia, czyli coś, co jest wulgaryzmem, ale nie ma nikogo obrażać, to Herregud, Gud, Kjæregud, himmel – czyli Bóg i niebiosa. Śmierć wzmacnia także (w nieelegancki jednak sposób) wymowę przymiotników: dødsbra, dødsgod, dødelig fin określimy rzeczy, które są lepsze niż po prostu dobre. Śmiertelnie dobre.

Oczywiście, język nie rozwija się w izolacji. Ten niewinny norweski skaziły okoliczne zwyczaje mówieniowe – pojawiły się w repertuarze wulgaryzmów tematy fizjologiczne: prokreacja i defekacja. Na przykład drittbra, drittdårlig – to dosłownie gównianie dobrze, gównianie źle. Można też powiedzieć o kimś, że jest en sann drittsekk – workiem gówna.

Jednak te najpopularniejsze, najczęściej słyszane (a jakże, moi współpracownicy nie są święci) – są przekleństwa związane z religią.

Birkebeinerrennet

Uwaga – piszę znów o sporcie. Ale będzie motyw patriotyczny, historyczny i kulturalny, więc warto.

Justyna Kowalczyk wygrała wczoraj norweski bieg długodystansowy (54km). W zeszłym roku też zwyciężyła. To był element patriotyczny. Teraz przejdźmy do rzeczy. (Zdjęcie pochodzi ze strony biegu)

Birkebeinerrennet to największy i najstarszy obecnie organizowany norweski maraton – rozgrywany od 1932 r. Jest też niezwykły – jego uczestnicy muszą mieć plecaki o wadze 3,5 kg. Ma to odpowiadać wadze niespełna dwuletniego dziecka.

Skąd to dziecko na plecach? Wyścig organizowany jest na pamiątkę wydarzenia sprzed ponad 800 lat. W 1206 roku dwójka lojalistów -Torstein Skevla i Skjervald Skrukkas – z ugrupowania Birkebeiner (co się tłumaczy jako 'brzozowe nogi’, a chodzi o płaty kory brzozowej, którymi ubożsi owijali sobie łydki, by dodatkowo odizolować je od zimna) przebiegło na nartach dystans ponad 50km, ratując niespełna dwuletniego następcę tronu Norwegii Håkona Håkonssona. (powyżej obraz Birkebeinerne pędzla Knuda Bergsliena, 1869 r.)

Nils Gaup wyreżyserował film na temat tej wyprawy –Birkebeinerne (2016). Jest zaskakująco dobry, mogę z czystym sumieniem polecić zwłaszcza tym, którzy nie chcą się pogodzić z powolnym odchodzeniem zimy. W tym filmie można podziwiać cudowną norweską zimę. Rekompensuje ona małą ilość dialogów.

Biblioteka i mitologia Saamów

Razem z Douglasem wyszliśmy do biblioteki z ulotkami i informacjami o języku Esperanto. Zgodnie z moją prośbą, rozmawialiśmy przy tym cały czas po norwesku. Z Douglasem jest świetnie, bo on mnie poprawia – akcenty, wymowę, czasami radzi, jak mówić, żeby brzmieć naturalniej.

Rozmawialiśmy o mitologii. Bo, jak się okazuje, w Norwegii mitologia grecka jest nieznana. Nie ma jej w szkole, nie zna się greckich czy rzymskich bogów. Sądzę, że to dlatego, że mają własną mitologię. Ale jednak nazwy miesięcy mają grecko-rzymskie. Z tym, że mało kto o tym wie i potrafi znaleźć te nazwy. Oczywiście, każdy wie, że sondag to dzień słońca, mandag – księżyca, tirsdag należy do boga wojny, Tyra, onsdag – Odyna, torsdag – poczciwego i wojowniczego Tora, fredag to dzień Frei, a lørdag – to dzień… prania!

Jest w norweskim powiedzenie sisyfosarbeid – praca bez nadziei na koniec, bez rezultatu. Douglas kojarzył słowo tantalise – z angielskiego, ale używane w norweskim – ale nigdy nie słyszał o Tantalu. Jako że już wcześniej o tym rozmawialiśmy, to sprawdziłam tę informację u współpracowników i u znajomych Norwegów. Faktycznie, mitologia, którą uważamy za jedną z podstaw kultury Zachodu – tu pozostaje nieznana.

Tymczasem ja, siedząc przy tym stole i czekając na ewentualne ofiary, kończyłam książkę „Mellom Verdener” Maret Anne Sara – samska autorka zawarła w tej krótkiej powieści fantastycznej szczyptę samskiej kultury i -a jakże – mitologii.

Rodzina bohaterów powieści zajmuje się polowaniem na renifery – typowo samskie zajęcie. Dwójka dorosłych, dwójka nastolatków: Lemme i Sanne. W okolicy ma być budowany ogromny tor dla motocykli crossowych – co cieszy Lemmego, bo motory to jego hobby. Nie cieszy się tym ojciec, bo wie, że to ograniczy w znacznym stopniu teren polowań. Kłótnia – foch – i dzieciaki wsiadają na motor i jadą w las, gdzie naruszają spokój Eahpáraš – ducha porzuconego w lesie na pewną śmierć niechcianego dziecka. Jako że nie wiedzą, jak się zachować wobec tego rodzaju upiora, zostają zmienieni w parę białych reniferów i uwięzieni w świecie podziemnym. Tam poznają rodzimą kulturę i starają się wrócić do swoich.

Eahpáraš – po norwesku ubyrden – jest dość ciekawy – według ludowych podań Saamów duszyczki tych porzuconych dzieci błąkają się po lesie, przebywając między światami. Kiedy ktoś zakłóci spokój – Eahpáraš może go przemienić, uwięzić lub nawet zabić. Ale najpierw ostrzega strasznym wrzaskiem. Wtedy należy „ochrzcić” ducha – odmawiając Ojcze Nasz wspak i nadając mu imię. Tak ochrzczone dziecko opuści już ten świat i uda się dalej. Tu można posłuchać opowiadania, a tu – poczytać o tym rodzaju demona (po norwesku, samskiego nie znam).

Szukałam też książki Siri Pettersen „Dziecko Odyna” – „Odinsbarn” – ale nie było na półce. Jutro pożyczę i będę dalej czytać norweskie książki, łudząc się, że w ten sposób też się uczę.

Ostatni wschód słońca

Wiem, że w tym tygodniu monotematycznie, ale obiecuję, że to już ostatni raz pokazuję zdjęcie wschodu słońca w drodze do pracy.  Z tej prostej przyczyny, że dziś ostatni raz wstajemy razem: ja i słońce.

Słyszałam, że w mojej kochanej ojczyźnie wróciła zima. Cóż, tutaj bezchmurne niebo i mocne słońce. I mróz. Rano -16, w południe -7, wieczorem już -18. Ślisko, zimno, ale jasno i pięknie.