Halloween i wypadek w Bergen

Lubię to święto, choć, owszem, denerwuje mnie lekko bicie komercyjnej piany z jednej strony, jak również moralizatorskie zakazy z drugiej. Ale samo Halloween z przebieraniem się i z zabawą – lubię. I w pracy można podjeść przyniesionych przez Beatę słodyczy, i bezkarnie nazwać swoją kierowniczkę „wiedźmą”.

W pracy czytałam sobie trochę o tym święcie. I znalazłam tam inne nazwy: Hallowe’en, Allhallowe’en, All Hallows’ Eve oraz All Saints’ Eve. I wyjaśnienie, że dawniej (ale po IX wieku, bo do IX wieku zmarłych wspominano na wiosnę) w świecie chrześcijańskim świętowano trzy dni: w wigilię Wszystkich Świętych jedzono postną kolację i dawano specjalne ciasta „kolędnikom”, którzy chodzili od drzwi do drzwi, oferując modlitwy za zmarłych; we Wszystkich Świętych chodzono do kościoła, a w Zaduszki – „na groby”. Mnie to pasuje.

Niektórzy mają pecha do przebieranych imprez. Taki Paweł z Bergen, na przykład. Rozbawił mnie dziś w pracy artykuł z Aftenposten (po polsku na wp) o Pawle, który dostał kilkanaście tysięcy kary za to, że przebrał się za zamachowca-terrorystę. Miał arafatkę, atrapę pasa szahida i plastikowy karabin. Został zatrzymany i ukarany. Ale nie chce przyjąć kary. Na argumenty policji – że przestraszył ludzi tym przebraniem wyjaśnia, że to Halloween, że ma być strasznie!

Jestem w kraju protestanckim, ale nie widzę za bardzo świętowania 500-lecia reformacji. Trochę szkoda.

Zmiana czasu

Październik czyli bezsensowne przestawianie zegarków. W Polsce zmiana czasu również nie ma sensu. Ale przynajmniej zachowuje pozory – bo przez cały następny tydzień wstaje się rano, nie w nocy, słońce wstaje pierwsze.

Tutaj nie ma nawet takich pozorów. Cofnęliśmy godzinę, więc zmrok zapada tuż po tym, jak skończę ćwiczyć po pracy. Za to rano… nic się nie zmieniło, kiedy ruszamy jest ciemno, dopiero na horyzoncie ledwo zaczyna majaczyć świt. Za parę dni przestanie.

Jeśli więc chodzi o zmianę czasu – jestem na nie.

Bygdøy i klify

Dziś niemal całodzienna wycieczka na półwysep Bygdøy. Godzinne pedałowanie w jedną stronę, w drugą nie wiem, jak długo (sądzę, że dłużej, bo pod górę przez większość trasy). Nie wiem, bo zaliczyłam godzinną przerwę u św. Olafa. No i cztery godziny na wyspie.

Na Bygdøy było pięknie, choć bardzo wietrznie. Obie z Basią byłyśmy uzbrojone w okulary przeciwsłoneczne, a Tomasz – w aparat.

Chodząc po lesie mijaliśmy tłumy Norwegów. Słońce zaświeciło to wyszli. Nie chcieliśmy iść w tłumie, więc szliśmy klifami, nad morzem. Tam Tomasz wypatrywał kadrów.

Jest pięknie.

100 dni

100 dni temu opuściłam dom, by udać się w drogę. Dziś jest setny dzień mojej emigracji.

Moi przyjaciele, moi mężczyźni świętują zwycięstwo w zawodach uciekania z pokojów.

Moje przyjaciółki, moje najdroższe bawią się na różnych imprezach we Wrocławiu.

Ja dziś po raz pierwszy od pięciu lat dokonałam płatności kartą. 83 korony: masło, mleko, ciastka, waciki, makaron, pomidory, kukurydza.

Poza tym czytam Vår Gamle Gudelære i jestem szczęśliwa.

Kwiaty, filmy, książki

Narodowym kwiatem, narodową rośliną Norwegii jest jedna z dwóch: wrzos pospolity – røsslyng i skalnica zagłębiona – bergfrue.

Nie bez powodu – obie wytrzymałe, nie mają problemu z życiem na niemal gołej skale. Skalnica kwitnie wiosną, wrzos jesienią, więc dobrze się uzupełniają.

Mnie Norwegia kojarzy się raczej z engkarse – rzeżuchą łąkową. Kwitła w kwietniu 2011 roku i jej białe kwiaty na wysokich łodyżkach zdobiły niemal każdy trawnik w Bergen. Kwiecień i maj należały do niej. Wyżej kwitły wszędobylskie rododendrony (w Bergen) i bzy (w Oslo), ale łąki należały do rzeżuchy.

 /zdjęcie z Bergen, z 2011ego/

Dlaczego myślę i piszę o kwiatach? Siedząc w pracy dowiedziałam się, jak zwie się po norwesku jaskier – smørblomst – masłowy kwiat. Podobnie, jak po angielsku – buttercup – filiżanka masła. Skojarzenie literacko-filmowe. Polski Jaskier to kumpel wiedźmina Geralta, bard i bawidamek. Buttercup to wieśniaczka, tytułowa „Narzeczona księcia” z jednego z moich ulubionych filmów przygodowych.

Kwiaty-filmy-książki – brzmi to jak dobry plan na jesienne wieczory.

 

Dobranoc, Oslo

Słońce zachodzi o godzinie 17:40. Wschodzi o 8:20. W praktyce oznacza to, że wychodzimy do pracy po ciemku, wracamy w dzień, ale po godzinie ćwiczeń i zjedzeniu obiadokolacji za oknem widzę ostatnie promienie słońca…

Dziś ominął mnie element kulinarno-jadalny, gdyż wyciągnąwszy patelnię z szuflady, usłyszałam:
– Chcesz jechać na zachód słońca?

Chciałam. Pojechaliśmy. Na Grefsen, tam, gdzie wcześniej. Było pięknie.

 

Niestety, ten zachód jak nic innego przypomina boleśnie o mørketida. Nadchodzi czas ciemności, czas jesieni i to nie tej złotej, i czas zimy. Ptaki, które miały w planach podróż na Południe, odleciały. My zostaliśmy.

Powrót Tomka

Dziś w Oslo świeciło słońce. Wreszcie. No i Tomasz wrócił z Evje.

W Evje powodzie i lokalne zalania. Można o tym poczytać na przykład tutaj. Czego się nie przeczyta to tego, że jakiś lokalny pastor widzi w obecnej sytuacji karę za homoseksualne orgie, jakie urządzają mieszkańcy. Upadek obyczajów – więc potop.