Podjęłam heroiczną próbę. Wyszłam ze swojej strefy komfortu i poszłam do kuchni. Postanowiłam upiec ciasto.

Miałam wszystko czego potrzeba plus słońce za oknem (rano padało jakby świat miał się skończyć, a niebo spadało na głowy, ale potem wyszło słońce). Wzięłam się za wsypywanie, wlewanie, miażdżenie, mieszanie. Uzyskaną efektowną breję wlałam do formy.
Nie zaglądałam do pieca. Niech się piecze. I piekło.


Efekt piękny, prawda? Może więc pora na lekcję historii i zwrot akcji?
Nie bez powodu napisałam, że to kuchenne rewolucje. Rewolucja nigdy nie kończy się dobrze. Rewolucja to nieskoordynowany wybuch dobrych chęci, najczęściej bez zrozumienia sytuacji.
I tak było i tym razem:

Moja strefa komfortu jest daleko od piekarnika. Kończy się na patelni. A w samym jej centrum znajdują się kanapa/fotel/łóżko z książką. Morał: rewolucja grozi zakalcem.
(Sad layer – jak słusznie określają to Anglicy. Nie wiem, jak zakalec nazywają Norwedzy.)




No to dodać szpinak, bo szpinak przecież jest pyszny. No i szpinak z ryżem wygląda ładnie, zielono. No to jeszcze jajko. Leje się za bardzo. No to jeszcze dosypać mąki.
Placki ziemniaczane. Bez ziemniaków i cebuli, za to z ryżem i szpinakiem. Do tego ser. I sos grzybowy z wczoraj.

W temacie jedzenia – pragnę przekazać, że jest bardzo dobrze. Ryba z frytkami i brokułami. Makaron z warzywami. Dziś kalmary, krewetki i frytki. Jest dobrze.



