Ciasto, rozmowy o ciałach, poczta

W UPSie dziś rocznica, a więc pojawiły się dwa torciki. Obyło się bez jakiś bardziej podniosłych czy motywacyjnych mów, za to z loterią, przy pomocy której rozdano pracownikom torby z logiem i breloczki. A potem nastąpiła ta część z ciastem i było słodko.

Niestety, potem atmosfera się trochę skiepściła, gdyż padła klimatyzacja. Na szczęście zimna woda i owoce pomagały przetrwać.

Być może to ten właśnie klimat wpłynął na tematykę rozmów w kuchni. Zastałyśmy w niej Lo, Yiminga i Sohitę – rozmawiających o różnych formach pochówków w różnych kulturach i religiach. Pogadaliśmy też o cenach sprowadzania zwłok między krajami… 'et lik’ oznacza zwłoki. Nadspodziewanie przydatne słowo.

Po pracy udaliśmy się na pocztę, by uiścić opłatę za kolejny miesiąc mieszkania. Nasza droga przez mękę z bankiem norweskim trwa, opiszę ją gdy uda się dojść nią do końca.

 

Ponury Poniedziałek

„O szyby deszcz dzwoni deszcz dzwoni jesienny…”. Niby jeszcze sierpień, ale już wiadomo, że jesień idzie – nie ma na to rady.

Rano nic nie zapowiadało jesieni, rano nie chciało się wierzyć w jesień. Droga do pracy – ostatnie kilka razy ta dłuższa, ale piękniejsza – jak z obrazka. Jak droga polna, jak ścieżka wiodąca w nieznane. Nieznane okazuje się jednak znajome i zwyczajne – przygotowywanie deklaracji celnych, telefony do klientów, ustalanie ich tożsamości. Wszystko w normie.

Dziś poznałam Beatę – kiedyś była u nas we Wrocławiu, ale zupełnie nie pamiętałam jak wygląda. Ale oczywiście, że ją poznałam. Wymieniłyśmy pozdrowienia, grzeczności, tak samo, jak z Moniką, której biurko chowa się za plecami Basi.

Za oknem świeciło słońce, grzało przyjemnie w plecy, kiedy z pracy podjechałam do Kiwi, żeby kupić kneippa (w planie miałam tosty z awokado). 

O 15:00 kończymy pracę, wychodzimy. Pochmurno, wieje. Odpinamy rowery. 15:05 zaczyna padać. I Już nie przestaje.

Fenestron pluv’ batas, pluv’ batas aŭtuna
Kaj plaŭdas senĉese, enue, grizbruna…
Pluv-gutoj frapetas laŭ ritm’ neŝanĝema,
Plor’ vitra, son’ vitra… funebra kant’ ĝema
Kaj grize lum’ brilas, dum tago sensuna…
Fenestron pluv’ batas, pluv’ batas aŭtuna…

W klubie Douglasa nie było. Pojechał do Hurdal, dopilnować spraw mieszkania. Bo w Hurdal ma mieszkanie. Posiada je, ale wynajmuje, mieszka w Oslo. Mówi, że to mieszkanie kupił na stare lata. Przeniesie się tam, kiedy poczuje się stary. Mam nadzieję, że to nigdy nie nastąpi.

Deszcz za oknami. Popracowałam nad zdjęciami. Obejrzałam film. Zjadłam owsiankę z resztą jagód i malin z lasu. 2 godziny rozmawiałam z siostrą, przeglądając finn.no. Poćwiczyłam trochę, porozciągałam się. Obejrzałam film „Jutro będziemy szczęśliwi”. Pogodny, przyjemny. Francuski język trochę tylko kaleczy uszy, cóż poradzić. Czytam „Dzienny Patrol” Łukanjenki.

Ten wpis był o niczym, mam nadzieję, że to zauważyliście. Wykorzystano w nim fragment wiersza Leopolda Staffa i przekład tegoż wiersza na język Esperanto. Przeł. Julian Tuwim.

Swobodna Sobota

Dziś był wspaniały dzień. Najlepszy jak dotąd. Słoneczny i deszczowy. Pachnący czosnkiem i jagodami. Dobry, bardzo dobry dzień.

Nie bez znaczenia jest fakt, że się wyspałam. Obudził mnie dopiero Douglas, kiedy podjechał do klubu o 9:30. Zważywszy, że położyłam się wcześniej niż zwykle – spałam wieki. Ale tego potrzebowałam.

Na sygnał Basi i Tomka podeszłam na Carls Berner Plass, tam – na pocztę. Opłaciliśmy mieszkanie. Obliczanie tego było koszmarne, ale już za nami.
Wracając, zrobiłam zakupy – jak mi Douglas tłumaczył – nie w norweskim, tylko w imigranckim sklepie. Wracając – znalazłam czterolistną koniczynkę – to znaczy, że moje zwykłe szczęście do mnie wraca, wszystko będzie dobrze.

 

W klubie zrobiłam obiad dla siebie i dla Douglasa. Spaghetti z czosnkiem, smażone, do tego ser i fiskeboller. Spaghetti z czosnkiem. I z pieprzem. Przypominają się czasy fantoftu, nasze obiady z Asią, z Alexem, Veronicą, Iris, Kate i Karą. Mój pierwszy norweski wypad.
Czosnek jest zdrowy – a ja mam zamiar nie chorować. To głupie – chorować w Norwegii. Dlatego w mojej diecie muszą być owoce, czosnek, cebula.

W trakcie obiadu wszedł znajomy Douglasa, esperantysta spod Bergen  – Borg. Świetnie się rozmawiało. Jego Esperanto było piękne, zadbane i bogate. Z jakim zdziwieniem przyjęłam informację, że od ponad roku z nikim nie rozmawiał w tym języku! Ma problemy rodzinne. O których bez zająknięcia mógł opowiedzieć – włącznie z opisem procedury przekazania szpiku od członka rodziny po wyczyszczeniu z antygenów. Niesamowite, czego można się przypadkiem dowiedzieć. Za takie przypadkowe spotkania – kocham Esperanto.

A potem pojechałam rowerem za Grefsen – do grefsensskogen.

Resztę dnia spędziłam w lesie  – na jagodach.  Zebrałam trochę ponad kilogram jagód. I wystarczająco dużo od razu zjadłam, by czuć błogie zadowolenie. Po powrocie zaproponowałam Douglasowi jagody – mirteloj. Nie odmówił. Zjedliśmy razem z płatkami owsianymi, bananami i mlekiem.

 

To był naprawdę, naprawdę dobry dzień.