Wszystkich Świętych w Oslo

Nie sądziłam, że będę tęsknić. Dzisiaj. We wszystkich Świętych. Przecież nie przepadam za tym dniem. Co innego jednak niechętnie iść na cmentarz a co innego – nie móc iść tam, na te konkretne cmentarze, z rodziną. Moje korzenie są tam, gdzie groby bliskich. Moja ziemia jest daleko.

Msza święta, odprawiana przez biskupa Benta (ale z kazaniem młodego księdza, którego lubię) była przepiękna. Trochę żal, że części stałe są na norweskojęzycznych mszach często łacińskie. Wolę, gdy wszystko jest po norwesku.

Na zakończenie odśpiewaliśmy uroczyste Te Deum. To było magiczne.

Najbardziej z uroczystych norweskich zwrotów, używanych podczas liturgii, lubię „fra evighet til evighet”. To nasze „na wieki wieków”, ale wydaje mi się bardziej poetyckie. Dosłownie z wieczności w wieczność.

Halloween i wypadek w Bergen

Lubię to święto, choć, owszem, denerwuje mnie lekko bicie komercyjnej piany z jednej strony, jak również moralizatorskie zakazy z drugiej. Ale samo Halloween z przebieraniem się i z zabawą – lubię. I w pracy można podjeść przyniesionych przez Beatę słodyczy, i bezkarnie nazwać swoją kierowniczkę „wiedźmą”.

W pracy czytałam sobie trochę o tym święcie. I znalazłam tam inne nazwy: Hallowe’en, Allhallowe’en, All Hallows’ Eve oraz All Saints’ Eve. I wyjaśnienie, że dawniej (ale po IX wieku, bo do IX wieku zmarłych wspominano na wiosnę) w świecie chrześcijańskim świętowano trzy dni: w wigilię Wszystkich Świętych jedzono postną kolację i dawano specjalne ciasta „kolędnikom”, którzy chodzili od drzwi do drzwi, oferując modlitwy za zmarłych; we Wszystkich Świętych chodzono do kościoła, a w Zaduszki – „na groby”. Mnie to pasuje.

Niektórzy mają pecha do przebieranych imprez. Taki Paweł z Bergen, na przykład. Rozbawił mnie dziś w pracy artykuł z Aftenposten (po polsku na wp) o Pawle, który dostał kilkanaście tysięcy kary za to, że przebrał się za zamachowca-terrorystę. Miał arafatkę, atrapę pasa szahida i plastikowy karabin. Został zatrzymany i ukarany. Ale nie chce przyjąć kary. Na argumenty policji – że przestraszył ludzi tym przebraniem wyjaśnia, że to Halloween, że ma być strasznie!

Jestem w kraju protestanckim, ale nie widzę za bardzo świętowania 500-lecia reformacji. Trochę szkoda.

Kwiaty, filmy, książki

Narodowym kwiatem, narodową rośliną Norwegii jest jedna z dwóch: wrzos pospolity – røsslyng i skalnica zagłębiona – bergfrue.

Nie bez powodu – obie wytrzymałe, nie mają problemu z życiem na niemal gołej skale. Skalnica kwitnie wiosną, wrzos jesienią, więc dobrze się uzupełniają.

Mnie Norwegia kojarzy się raczej z engkarse – rzeżuchą łąkową. Kwitła w kwietniu 2011 roku i jej białe kwiaty na wysokich łodyżkach zdobiły niemal każdy trawnik w Bergen. Kwiecień i maj należały do niej. Wyżej kwitły wszędobylskie rododendrony (w Bergen) i bzy (w Oslo), ale łąki należały do rzeżuchy.

 /zdjęcie z Bergen, z 2011ego/

Dlaczego myślę i piszę o kwiatach? Siedząc w pracy dowiedziałam się, jak zwie się po norwesku jaskier – smørblomst – masłowy kwiat. Podobnie, jak po angielsku – buttercup – filiżanka masła. Skojarzenie literacko-filmowe. Polski Jaskier to kumpel wiedźmina Geralta, bard i bawidamek. Buttercup to wieśniaczka, tytułowa „Narzeczona księcia” z jednego z moich ulubionych filmów przygodowych.

Kwiaty-filmy-książki – brzmi to jak dobry plan na jesienne wieczory.

 

Dziurka

Dziś rozmieniam się na drobne. Bo skoro temat pieniędzy papierowych zainteresował koleżankę, która związuje swoje losy z Albionem (dowiedziałam się przy okazji, że do wyrobu banknotów nylonowych, nowego typu, używa się tłuszczy zwierzęcych, co spotyka się z protestem wegan i muzułmanów – jak się domyślam pobudki obu grup różne, cel ten sam) i kolegę, który jak się dowiaduję, lubi ogarniać symbolikę towarzyszącą nam w codziennym życiu – to może i monety znajdą wielbicieli.

Zwłaszcza, że korony naprawdę zasługują na sympatię. Są urocze z tą słodką dziurką.

Dziurkę mają jedno- i pięciokoronówki. Dziesiątki i dwudziestki nie. Skąd dziurka? Najprawdopodobniej było to jedno z zabezpieczeń (trudniej się podrabiało monety z dziurką). Oczywiście, są teorie, że chodziło o  odróżnienie waluty norweskiej od duńskiej (a gdzie tam!), albo że to dla niewidomych. Dziurki jednak pojawiły się zanim mennice zaczęły się przejmować wzrokiem użytkowników środków płatniczych. I to, że występują na najmniejszych nominałach (przed wojną i do lat pięćdziesiątych dziurkę miał drobiazg o nominale 10 øre!) każe mi się skłaniać raczej ku teorii, że to taka tradycja dziurek, może od nawlekania drobnych na sznurek, i obecnie dziurka nie spełnia żadnej funkcji.

Wspomniane øre to norweski grosz. Nie znajdzie się go jednak na ulicy i nie chuchnie, chowając do kieszeni. Wyszedł z obiegu. Widoczne na zdjęciu miedziane monety po 50 øre i maleńkie srebrne 10 øre – to tylko pamiątki. Dziesiątaka nie wiem, skąd mam, pewnie znalazłam, bo te maleństwa przestano bić w 1991, a wycofano z użycia w 1993. Więc nie miałam już przyjemności nimi zapłacić. Za to 50 øre wycofano jesienią 2012, w rok po moim powrocie z Bergen. Cieszę się, że zachowałam kilka (oczywiście, nie wiedziałam tego, przyjeżdżając, więc wzięłam ze sobą: pieniądz  to pieniądz).

Tak pisząc i myśląc o mamonie – trafiłam wczoraj, rzecz jasna, na Mszę świętą. Trafiłam do kaplicy św. Józefa – na anglojęzyczną mszę studencką obok katedry św. Olafa. I akurat we fragmencie odczytywanej Ewangelii – znów mamona: „Oddajcie więc Cezarowi to co należy do Cezara a Bogu to co należy do Boga” /Mt 22, 21/.

W Norwegii byłby z tym problem. Podobnie jak na banknotach tak i na monetach królów nie uświadczysz. Pojawiają się tylko na rewersach monet bitych na specjalne okazje (tu bije się dwudziestki, jak w Polsce dwuzłotówki). Na monetach możemy podziwiać ozdobne zawijasy – nordyckie ornamenty na jedynce i piątce (i dawniej na 50 øre). Na dziesiątce widać fragment dachu typowego dla kościoła stawowego, a na dwudziestce – dziób łodzi wikingów.

Monety norweskie pokazują: mamy tradycję, mamy historię. Banknoty pokazują: mamy wspaniałych obywateli (wolę to niż królów, takie spojrzenie ma wartość motywacyjną: być takim, jak oni, podczas gdy królowie to tylko historia). Tym bardziej smucą zmiany w projekcie banknotów i ciągłe zakusy, żeby całkiem pozbyć się gotówki i płacić wyłącznie wirtualnymi pieniędzmi… (Ja jak dotąd używałam tylko i wyłącznie gotówki, jeszcze za nic nie zapłaciłam kartą).

Dla dociekliwych – informacje o koronie norweskiej. Ciekawe.

„Bo to co nas podnieca…

… to się nazywa kasa, a kiedy w kasie forsa to sukces pierwsza klasa!”

To jasne, że jest to powód, dla którego tu jestem. Kasa. No i dziś będzie o kasie. Koleżanka (dziękuję, Paula) przypomniała mi zabawnym obrazkiem o tym, że miałam napisać o pieniądzach. Otóż Norwegia powoli wymienia banknoty na nowe. Ale nie tak subtelnie ani tak jednocześnie jak niedawno w Polsce. Zastąpią nie tylko materiał i zabezpieczenia, ale wprowadzają całkiem nowe projekty – powoli. Na razie pojawiły się nowe banknoty 100 i 200.

Do tej pory na banknotach są sławni, ważni dla Norwegii ludzie. Teraz mają ich zastąpić symbole. Norweskie gazety już piszą o tych nowych banknotach jako o najpiękniejszych na świecie. Czy ja wiem…

Na banknocie 200-koronowym można spotkać jeszcze do maja przyszłego roku tego pana:


To Kristian Birkeland, naukowiec, który wyjaśnił mechanizm powstawania zorzy polarnej. Na odwrocie przedstawiono jeden z jego najbardziej znanych eksperymentów. Tego oto człowieka zastąpi…. dorsz.

Obecnie banknot 100-koronowy zdobi portret Kirsten Flagstad (jest to jedna z dwóch kobiet, którymi można płacić, druga jest na 500-tce).

Była znaną śpiewaczką operową i pierwszą dyrektorką opery w Oslo. Na rewersie dlatego właśnie znajduje się plan opery. Do tej pory bowiem każdy rewers opisuje osobę sportretowaną na banknocie. Już niedługo…  Kirsten zostanie zamieniona na łódź wikingów, a plan opery zastąpią paski.

Reszta banknotów zostanie wprowadzona na jesieni 2018 roku. Ja – żałuję. Tak, oczywiście, te projekty są ładne (chociaż latarnia morska, która ma zastąpić mojego ulubionego Petera Christena Asbjørnsena (przyrodnika, romantyka, który spisywał baśnie) jest dla mnie zagadką. Jakby nie mogli tam dać góry, w końcu Norwegia słynie z pięknej, dzikiej przyrody. A skoro na 1000 ma być fala morska, to góra na zielonej pięćdziesiątce byłaby jak znalazł.

Oczywiście, każdy może ocenić sam. Ja się cieszę, że przyjechałam jeszcze teraz, póki pieniądze są miłe w dotyku, a nie plastikowe. I na zielonym mam romantyka i nenufary.

Dobra zmiana?

Bokhvete gryn i dawne zawody

Bokhvete po norwesku, fagopirko (albo poligono) w esperancie. Po polsku gryka.

Kasza gryczana jest raczej nieznana w norweskiej kuchni (podobnie jak aronia). Dlatego na dzisiejsze spotkanie w klubie przygotowałam placki z kaszy gryczanej z sosem grzybowym. Wegetariańskie, dobre i oryginalne w smaku. Cieszę się, mogąc przygotować coś, co wiem, że się uda (i zmyć hańbę zakalca).

W ramach spotkania pracowalismy nad tekstem o dawnych zawodach i tym, jak się zmieniały. Tekst norweski jest w broszurze wydanej przez muzeum. Nasz pojawi się na stronie muzeum i w gablotach, koło norweskiej wersji. Raczej nie doczeka się formy broszurki, ale to nic.

Tłumacząc na esperanto trzeba dobrze zrozumieć norweski. I dlatego dzisiejsze spotkanie było dla mnie cenniejsze niż inne. Dwie pieczenie (z tych dwóch srok złapanych za ogon) na jednym ogniu.

Święty Torfinn

Zbliża się wielkimi krokami święto Wszystkich Świętych. Dlaczego nie spojrzeć trochę szerzej i nie poznać lokalnych świętych? Msza w katedrze u świętego Olava jest świetną sposobnością, by ich zobaczyć – na witrażach są tu sportretowani najpopularniejsi święci Norwegii.

Mój wzrok przyciągnął dziś święty Torfinn. Trzyma tę czaszkę, myślę sobie – taki trochę Hamlet? Więc cyknęłam mu po Mszy zdjęcie i – przedstawiam.

Św. Torfinn ma przydomek „z Hamar”. Ale nie pochodził z Hamar, tylko z Trøndelag, najprawdopodobniej z Nidaros, gdzie najprawdopodobniej wstąpił do cystersów. Wiadomo to tylko stąd, że wspomina się o nim jako o bracie (korbror) około 1270 roku.  W 1278 został biskupem Hamar.

W 1277 w Nidaros podpisano Sættargjerden i Tønsberg – konkordat między  arcybiskupem a królem, na mocy którego m. in. król miał się nie mieszać w wybory kościelne. Ale w 1282 Erik II, kolejny władca, już chciał się mieszać, więc wygnał arcybiskupa z Nidaros wraz z jego dwoma najważniejszymi biskupami – z Oslo i z Hamar. I tak Torfinn trafił do Belgii, gdzie zmarł  w 1285 roku.

Gdy przypomniano sobie o nim po 60ciu latach i otwarto jego grób, to ładnie pachniał, co w tamtym czasie było niewątpliwą oznaką świętości właściciela ładnie pachnących szczątków.

(Byłam dziś na norweskiej Mszy, ale stary ksiądz się uwiesił na ambonie prawie połykając mikrofon, toteż wszystkie spółgłoski bezdźwięczne brzmiały jak głośny szelest, więc kazania nie wysłuchawszy, zastanawiałam się nad tożsamością świętych. Szczerze – liczyłam na ciekawszy życiorys kolesia z witraża.)