Troløse bilder – otwarcie wystawy

W Muzeum Narodowym dziś pojawiła się nowa wystawa, poświęcona sztuce współczesnej. Wybrałyśmy się. Było dość tłoczno (teraz myślę, że mogłam cyknąć zdjęcie ludziom na potwierdzenie tych słów, ale w muzeum nie przyszło mi to do głowy…) i dość ciekawie.

Ja nie rozumiem sztuki współczesnej i zazwyczaj nie podziwiam, ale tutaj nie było źle. Po pierwsze – poświęcono czas i miejsce, żeby wyjaśnić, o co kaman, czym w ogóle zajmuje się artysta i o co mu chodziło, po drugie – bardzo ładnie ogarnięto pzestrzeń, po trzecie – stworzono pewną drogę do przejścia, rozdzielając refleksje o życiu prywatnym, o kulturze i sztuce, o polityce i historii.

Oczywiście, każdy może ocenić sam…  Tu jest strona wystawy. Troløse bilder  oznacza niewierne obrazy. Takie bez czci i wiary. Bez RiGCZu.

 

Et dukkehjem Ibsena

Przeczytałam i obejrzałam Dom lalek Ibsena – w oryginale. Wreszcie coś konkretnego. No i znów, jak za starych studenckich czasów, wkurzam się na Norę. Ale tym razem przeczytałam pocieszającą anegdotę.

Najstarszy syn Ibsena opowiadał o powstawaniu dramatu i o scenie, która miała zawarzyć na losie rodziny Helmerów. Torvald miał pokazać Norze śpiące dzieci, co miało ją skłonić do pozostania w domu. Jednak żona autora, Suzanna, bardzo się zdenerwowała tym zwrotem akcji i stwierdziła, że tak nie może być. Kłótnia małżeńska Ibsenów o Helmerów trwała dwa tygodnie, aż Suzana postawiła sprawę jasno: Albo Nora odejdzie, albo ja!

I tak domek lalek musiał się rozpaść.

Inna ciekawostka – po chińsku feminizm nazywa się nuola zhuyi (dosłownie: „noraizm”) właśnie od imienia bohaterki Ibsena.

Norweskie ćwiczenia i polska kolęda

Praca – powrót z pracy – szybkie ogarnięcie mieszkania – przyjęcie kolędy – obiad – ćwiczenia z norweskiego zadane do pracy w domu – ćwiczenia fizyczne.

Tak minął kolejny dzień, mokry i zimny. I całkiem udany.

Ksiądz Piotr przybył o umówionej godzinie. Nie bez problemu, bo umawiając się z nim, poprosiłam, żeby zadzwonił na komórkę, nie domofonem, bo nie słychać go w mieszkaniu. A komórkę zostawiłam w pracy. Zorientowałam się oczywiście za późno, żeby wrócić i na czas być znów w domu. Zeszłam więc i czekałam na niego na dole.

Pomodliliśmy się, poświęcił nasze mieszkanie, rozmawialiśmy przy kawie. Należy do zgromadzenia werbistów – i on i ks. Antoni, z Indii. Przyjechali razem w sierpniu, pod koniec, czyli jest tu miesiąc krócej niż my. Nie lubi Norwegii, ale nie ma się co dziwić, skoro 16 lat spędził w Afryce. Wspomina ten czas z radością.

Zadań z norweskiego dużo. Dużo pracy. Cóż – trzeba, skoro się zdecydowało.

Kurs i nazwy ulic

Dziś wybrałyśmy się z Basią na pierwsze zajęcia w ramach kursu norweskiego. Do ostatniej chwili nie wiedziałyśmy, czy kurs ruszy na osiem tygodni czy na sześć (w wypadku, gdybyśmy były tylko we dwie szkoła albo całkiem kasuje kurs albo skraca…). Zapisała się jeszcze jedna osoba, Włoszka, która tu już żyje od dwóch lat i potrzebuje zdać Bergenstest aby dostać umowę na stałe.

Z okazji rozpoczęcia kursu i faktu, że jestem bardzo zmęczona, odpowiem dziś tylko na pytanie zadane przez Darię: Co znaczy nazwa mojej dzielnicy?

Løren nic nie znaczy. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Ale ma jakieś pochodzenie i kiedyś coś znaczyło. Znalazłam artykuł w Aftenposten, w których wyjaśniono nazwy dzielnic z mojej okolicy. Tłumacząc je, trzeba sięgnąć do duńsko-norweskiego , do dawnych nazw. Ja tylko przetłumaczę efekt poszukiwań autora artykułu:
Løren «Leire engen» – gliniasta łąka;
Sinsen «Enga ved veien» – łąka przy drodze, po drodze;
Tøyen «Gjødslet eng» – nawożona, żyzna łąka;
Bryn «Bru-engen» – łąka-most;
Ulven «Eng med grus» – łąka w gorbami?;
Økern «Eik-engen» – jesionowa łąka.

 

Pół metra śniegu

Okazuje się, że zima potrafi zaskoczyć nawet Norwegów. Być może nie tak spektakularnie, jak zaskakuje naszych drogowców, ale jednak.

Już rano kilka osób dało znać przełożonej, że się spóźnią. Ona wysłała wiadomość do wszystkich, żebyśmy trzymali za nich kciuki (a dokładniej – skrzyżowali palce). Pokój powoli zapełniał się ludźmi, ale np. Bojan przyjechał z cztero-, może pięcioletnim synem. Bo nie mógł się dostać do przedszkola. No proszę.

Śnieg sypał całą noc i większą część dnia. Już rano było go dużo – kołderka na wąziutkim parapecie mojego okna świadczyła o tym dobitnie. A potem – przybywało. Wreszcie mam piękną zimę. Od lat tak już nie było we Wrocławiu.

Wieża Babel

Idąc do pracy mijam ludzi, którzy wysiedli z metra. Nie odgadnę, w jakim języku myślą o nadchodzącym dniu ci, którzy idą pojedynczo. Ale ze strzępków rozmów tych idących parami czy w grupach utworzyć można schemat miejscowej wieży Babel.

Zawsze mijam Polaków, zwykle minimum dwie pary. Z jedną zazwyczaj się witam, druga zawsze pogrążona jest w gorączkowej wymianie zdań. Codziennie słyszę ukraiński i włoski, w których robotnicy trochę pokrzykują, trochę śpiewają. Raz minęła mnie para Murzynów, rozmawiających śpiesznie po francusku. Czasami słyszę hiszpański, robi się wtedy odrobinę cieplej. Norwedzy o tej porze śpią lub też idą w ciszy.

Zupełnie inaczej jest po południu, kiedy przechodzę przez tłumek stojący na przystanku autobusowym. Wtedy słychać norweski, z każdej strony, z każdym możliwym akcentem. Czasami wplata się w ten gwar śpiewny rosyjski, czasami szczekliwy urdu czy arabski. Jednak głównie norweski.

Opisuję tylko dokładnie to, co słyszę. Oczywiście, nie świadczy to o składzie narodowościowym imigracji w Oslo, a jedynie – o tym, przedstawiciele których narodowości rozmawiają w godzinach 6:40 i 15:20 w okolicach stacji Økern.

Tre Helligekongens Dag, spacer i zachód słońca

Ktoś mógłby pomyśleć, że ciastka za złoty pięćdziesiąt tak mnie rozproszyły, że zapomniałam o święcie Objawienia Pańskiego. Nic bardziej mylnego. Kościół Katolicki dostosowuje jednak w pewnym zakresie harmonogram swoich świąt do państw, w których się znajduje. Nie jest tak, że za święta nakazane uważa zawsze tylko te, kiedy jest ustawowo wolne (nie było tak na Wszystkich Świętych – liturgia tego święta odbywała się pierwszego listopada), ale ze styczniowym świętem odpuszczono i jest przesunięte na pierwszą niedzielę po 6. stycznia. Czyli na dzisiaj.

Trochę się naczytałam, żeby dotrzeć do tej informacji, bo jakoś nie chciało mi się wierzyć, że szóstego nic się nie dzieje i na prawdę jest tylko jedna sobotnia Msza (na rano), a wieczorem – dwie niedzielne… Jest jak jest, mnie to pasuje, więc wybrałam się dziś na sumę parafialną (po norwesku, na 11:00).

Jest jeszcze jedna różnica. W Norwegii brak tradycyjnej polskiej kłótni o to, co pisać kredą na drzwiach. Rozwiązanie jest proste i widoczne na zdjęciu: tu nie rozdaje się kredy ani kadzidła (cóż za ulga, nigdy nie wiedziałam, co począć z tym nieszczęsnym kadzidłem…), tu daje się wiernym naklejkę na drzwi. W gazetce wyjaśniono, że na kartce, którą zwykle przytwierdza się na drzwiach jest CMB czyli Chryste, Mieszkanie Błogosław,  jednocześnie są to pierwsze litery imion Trzech Króli:

På kortene som vanligvis festes over dørkarmen står det C+M+B 2018: 
Christus Mansionem Benedicat (Måtte Kristus velsigne dette hus).
På samme tid er det begynnelsesbokstavene til de Hellige Tre Konger,
Caspar, Melchior og Baltazar.

Naklejka jest jednak dziwaczna: 20*C+M+B+18. Ale kłócić się nie mam zamiaru. Z nikim. Nawet spytałam Tomasa, czy mu nie przeszkadza. Ingen problem.

Msza była uroczysta, nawet bardziej, niż się spodziewałam. Odprawiało ją 8 księży w tym biskup Bent i kardynał Anders Arborelius ze Szwecji (pierwszy szwedzki katolicki biskup Szwecji od czasów reformacji! o czym doniósł tutejszy ksiądz w czasie ogłoszeń) To chyba rzeczywiście duże wydarzenie, bo ludzie z ławek masowo robili im zdjęcia przy każdej okazji (głównie przy przemienieniu i podniesieniu, co mnie się nie podobało, ale cóż zrobię. Raczej nie zdjęcie).

Muzyka i śpiew były cudowne. Mogłabym tam siedzieć dłużej niż te 1,5 godziny Mszy świętej.  Powyższa kolęda była cudownie skoczna. Ale popis w czasie rozdawania Eucharystii bił ją na głowę: księża przy ołtarzu przyjmują sakrament, a organy zaczynają po cichu i coraz głośniej wygrywać rytm walca wiedeńskiego. Za chwilę dołączyły skrzypce, a za nimi chór. Było to nieskończenie piękne i radosne. Niestety, nie wiem, co to za utwór, gdyż w czasie komunii chór śpiewa pieśń nieuwzględnioną w harmonogramie, niepodaną w rozpisce. Dzieje się tak dlatego, że wszyscy podchodzą tu do sakramentu (niektórzy składają dłonie na piersi i pochylają głowę, by otrzymać tylko błogosławieństwo), więc i tak mało kto by śpiewał.

Za to Glorię rozpoznałam bezbłędnie i odruchowo zaczęłam śpiewać po polsku, zanim sąsiad podsunął mi śpiewnik.

Wracając przeszłam się wzdłuż rzeki, zaciekawiona wczorajszą relacją Basi i Tomka. Odnalazłam wodospad i podziwiłam lodowe konstrukcje na głazach. Spacer zajął mi jakieś 2,5 godziny, ale było rześko i dobrze. Po powrocie dowiedziałam się, że było -14 stopni.

Dzień zwieńczył cudowny zachód słońca, który rozświetlił większą część nieba różem i pomarańczem. Później zmieniał kolory na bardziej krwawe i ograniczał się do coraz to węższego pasma na horyzoncie.

Obserwowałam to widowisko znad „Artemis” Andy’ego Weira. Lekturę skończyłam, polecam serdecznie, bo czyta się szybko i przyjemnie w sumie może stanowić kopalnię wiedzy bezużytecznej.