Praca w romjula

Pierwsza rzecz: fantastycznie jest mieć słowo na te kilka dni między Świętami Bożego Narodzenia a Sylwestrem. Norwedzy mają. Romjula. Przejmę chyba to słowo do mojego idiolektu, bo podoba mi się niezmiernie. I jest przydatne.

Druga rzecz: praca w tym czasie jest tak wyczerpująca! Wszyscy w biurze sprawiają wrażenie, jakby wiedzieli, że powinni być gdzieś indziej, tylko przez przypadek znaleźli się w nieodpowiednim miejscu. Ja wspominam z radością Święta, wszystkie spotkania, jakie udało się w te krótkie 3 dni w domu zorganizować i – mogę się wreszcie pochwalić ciasteczkami z witrażem, jakie piekłam pracowicie dla rodziców, teściów, siostry – jako niespodziankę.

Na koniec: film „1984” z 1984 wart jest obejrzenia. I to nie jest tak, że próbuję zrehabilitować tym stwierdzeniem fakt, że podobają mi się Disnejowskie Gwiezdne Wojny (podobają, bardzo podobają, to dokładnie to, czego po mariażu Disneya i GW spodziewałam się i na co czekałam!).

Muzyka Świąt

W Norwegii śpiewa się kolędy. Piosenki świąteczne też, nie tylko amerykańskie, ale i rodzime, pisane głownie dla dzieci (w norweskich popularnych piosenkach świątecznych raczej nie ma serca oddanego i złamanego w zeszłym roku albo wyznania, że tylko tej drugiej osoby się pragnie pod choinką). W ogóle każde święta w Norwegii są dzieciocentryczne. I to jest dobre, to jest zdrowe, to konserwuje kulturę i zapewnia jej trwanie.

Z tych świeckich i dziecinnych najbardziej lubię Musevisa – skoczną opowiastkę o rodzinie myszy, które przeżywają Święta. Jest też Julekveldsvisa – ciut mniej skoczna opowieść o typowym wigilijnym wieczorze (zaczyna się od tego, ze podłogi są umyte). Bardzo popularna jest Tipp Tapp – troszkę zabawna piosenka o hałasie w trakcie ciszy nocnej. Hej Mitt Vinterland wyraża z kolei radość ze śniegu i z zimy.

Kolęd religijnych jest dużo, są piękne i często powtarza się w nich motyw światła. Światło świec, światło gwiazd, Światło, które przezwycięża ciemności. Do tego kręgu kolęd należy Et stjerne skinner i natt czyli gwiazda świeci na niebie, czy Nå Tennes Tusen Julelys – teraz świeci tysiąc gwiazdkowych świec. Jest sporo o pokoju i o niebie na ziemi – jak w Himmel på jordNiewiele jest kolęd-kołysanek, jak nasze lililililaje czy lulajże. Oczywiście, jest „Cicha noc” – Hellige natt.

Wiele z tych kolęd pochodzi ze Szwecji, z czasu, gdy Norwegię i Szwecję łączyła unia, cześć pochodzi też z Danii. Dla mnie nie było to ważne – do tego stopnia, że za ulubioną norweską kolędę mam szwedzkie Himmelen i minn famn (Niebo w moich ramionach – tutaj z norweskim tekstem) – której najpiękniejsze wykonanie, jakie znam, podaję poniżej:

PS. moje ulubione koledy to te w wykonaniu Majewskiej, Prus i Zauchy, w aranzacjach Korcza.

https://www.youtube.com/watch?v=QyRElI5fKo4

A już najukochańsza kolęda – i nie staram się być oryginalna, wszak nie po to są Święta – to „Bóg się rodzi”. Z mniej typowych utworów, które śpiewam jak kolędy – ’„Uciekali” z musicalu Metro i „Odmiennych mową, wiarą, obyczajem” Kaczmarskiego z pyty „Szukamy stajenki”.

 

Chanuka i norweskie świąteczne dania

Dziś skończyły się obchody Chanuki. Po pracy zapaliłam osiem świeczek chanukowych i szames. Paliły się pół godziny, zgasły. Nie naszykowałam świąteczno-chanukowego jedzenia, bo zbliżają się już Święta Bożego Narodzenia. Więc piekłam tradycyjnie – pierniczki.

Wczoraj miałam możliwość spróbować tradycyjnego grzanego wina. Norweskie grzane wino smakuje zupełnie inaczej niż to pite w Polsce! W naszym pływają cząstki pomarańczy i goździki, tutaj – rodzynki i migdały, ewentualnie inne orzechy. Przyprawy są delikatniejsze.

Pomyślałam, że może warto napisać tu, jakie są tradycyjne norweskie potrawy – co ludzie tutaj jedzą na Jul? W Norwegii na stole wigilijnym rządzą mięsa. Kraj rozciągnięty wzdłuż wybrzeża miał ryb pod dostatkiem przez rok cały. Na święta wypada położyć na stole coś innego.

Przede wszystkim – żeberka. W dwóch wariantach.

Svineribbe – tłuste wieprzowe żeberka na wigilijnym stole to echo pogańskich podań (sama nazwa Jul też pochodzi z czasów pogańskich i to poniekąd niesamowite, że jej nie zmieniono).  W mitologii wojownicy zaproszeni do Walhalli każdego dnia po ćwiczebnych walkach byli zapraszani na ucztę, na której jedli w kółko tego samego odradzającego się knura Saerimne.

 Pinnekjøtt to żeberka jagnięce, solone i suszone. Czasem wędzone (nie te ze zdjęcia, te mają wyraźny napis urøkt czyli niewędzone). Podaje je się rzeczywiście, jak sugeruje opakowanie, z kiełbaskami. I z puree ziemniaków i brukwi (kålrot – to w Oslo po raz pierwszy jadłam brukiew, nie wiedząc nawet, co to jest po polsku…).

 Julepølse to świąteczne kiełbaski. Nie ukrywam, że te mnie interesują przez niemożliwy dla mnie do wyobrażenia koktajl przypraw w wieprzowinie. Kiełbaski te są doprawione goździkami, gorczycą, imbirem i gałką muszkatołową. Traktuje się je nie jako główne danie, ale tak o, obok.

Dorsz to jedyna ryba tradycyjnie spożywana w Julaften. Wzdłóż wybrzeża jest to świeży dorsz. Ale dużo bardziej rozpoznawalny jest tradycyjny lutefisk. Sztokfisz, głównie dorsz. Ryba jest suszona, następnie moczona w wodzie, potem macerowana w ługu, znów moczona, a ostatecznie – smażona lub gotowana. Koszmarny zapach, smaku się tylko domyślam, niech tak zostanie.

 Coś na deser. W Norwegii, jak wszędzie w Europie, popularne są pierniki – pepperkaker. Ale jest też coś u nas nieznanego – waflowe rurki. Puste. Pełno ich w sklepach. Nie mogę się pochwalić, że próbowałam, bo jeszcze nie, ale uważam, że to zdrowo. Taki wafelek lepszy niż czekolada czy kolejny kawałek ciężkiego ciasta.

Podobno typową potrawą wigilijną jest też głowa owcy, ale jako że nie znalazłam jej w Remie, Kiwi, Jokerze – szczerze wątpię w jej popularność.

Światło w oknach

Wspominałam już, że wielu, naprawdę wielu Norwegów oświetla swoje okna czy balkony. Ale nie kolorowo – większość sięga bo ciepłe, złoto-białe światło spokojnych, stonowanych lampek. Udało mi się znaleźć wyjątek:

Pozostałe okna, uwiecznione w trakcie spaceru, prezentowały się spokojniej:


Luciadagen

Dziś świętej Łucji. W pracy – Linda, Yiming i Beate zrobili tradycyjny pochód (Beate pięknie śpiewała, idąc przez biuro w ciemności, ze świecami) i poczęstowali wszystkich bułeczkami – lussekatter. W krajach nordyckich, przede wszystkim w Szwecji, świętuje się ten dzień w ciekawy sposób – z ogniem na głowie, z piosenkami i zabarwionymi szafranem bułeczkami. Ale powody, dla których czci się sycylijską świętą akurat tutaj, akurat w taki sposób – później. Najpierw opowiem o samej świętej.

Wszystkie źródła (losowo wybrane strony internetowe plus artykuły wikipedii w trzech językach) są zgodne względem pochodzenia Łucji: była z zamożnej sycylijskiej rodziny i żyła na przełomie II i III wieku. Wszyscy są zgodni co do tego, że padła ofiarą prześladowań za wiarę ze strony władz. I wreszcie zabita. Ale jak do tego doszło? Możliwe, że modliła się po prostu o uzdrowienie matki, a jak ta wyzdrowiała i szczęśliwa dziewczyna rozpowiadała o tym, władze stwierdziły, że robi za dużo szumu wokół swojej wiary i zareagowały. W innej wersji udała się na pielgrzymkę do św. Agaty, miała wizję świętej, która jej powiedziała, że umrze jako dziewica i męczennica. Łucja zamiast zaraz starać się uciec przed przeznaczeniem w ramionach swojego narzeczonego – po powrocie zerwała zaręczyny, a odrzucony młodzieniec doniósł na nią władzom. Mogła jeszcze kilka lat wcześniej zaplanować sobie karierę klasztorną, o czym nie powiedziała rodzicom, którzy znaleźli dla niej partię… Odmówiła zaręczyn i niedoszły doniósł.

Co do tego, co działo się potem, też nie ma zgodności. Raczej władze starały się rozdziewiczyć męczennicę w burdelu. No i nie szło. Według niektórych sama sobie wykłuła oczy, żeby być mniej atrakcyjną. Według innych – to te oczy jej wydłubano – w ramach tortur. A do zamtuza nie dojechała, bo wóz przymarzł. Do stosunku nie doszło. Za to spalono ją na stosie lub polewano wrzącym olejem, lub raniono mieczem, w każdym razie nic jej się nie działo. Umarła po ostatnim namaszczeniu. To daje do myślenia – ostatnie namaszczenie ją ostatecznie dobiło.

Pytanie: czym zasłużyła sobie Łucja na uznanie na dalekiej Północy? Odpowiedź: niczym.

Po prostu wspomnienie Łucji w Kościele przypadało  13.12 – w kalendarzu juliańskim to najkrótszy dzień a najdłuższa noc roku. Ten termin zarezerwowany był już dla Lussi – okropnej wiedźmy, patronki czarów i wróżbiarstwa. Kościół zaproponował w miejsce pogańskiej czarownicy najpierw diabła – Lucyfera, który jest wszak władcą ciemności. Potem dorzucił jeszcze w miejsce starej, brzydkiej baby – młodą dziewicę. To przekonało byłych wikingów, zwłaszcza, ze obrzędy mogły zostać łatwo przemianowane: ogień dalej mógł rozświetlać długą, zimną noc. Z tego wszystkiego ulepiło się święto, łączące elementy pogańskie i chrześcijańskie. Mój ulubiony zlepek.

Po  pracy zapaliłam już 2 chanukowe świece i szamesz. Potem poszłam pomóc Douglasowi z dostosowaniem sidejo – klubu esperanckiego – do spotkania przedstawicieli wspólnoty mieszkaniowej. Stamtąd poszłam do biblioteki ( z książki o strasznych stworzeniach okołoświątecznych wiem o Lussi – wiedźmie.

Padał przepięknymi wielkimi płatkami puszysty, cichy śnieg. W oknach świeciły gwiazdy. I świece.

Kartki pocztowe i kwestia bliskości

Poczta norweska na plakatach w metrze, na przystankach, nawet, jak donosi Tomasz, na reklamach na Instagramie, przypomina, że kartki świąteczne trzeba wysłać nie później niż szesnastego grudnia. Nawet wysłali pocztówkę z takim przypomnieniem (powyżej).

Skuszona tymi napomnieniami wypisałam kartki i nadałam już w piątek. Na stoisku pocztowym naklejona jest kartka z dokładniejszą rozpiską – dowiaduję się z niej, że, aby kartki dotarły do adresata w Europie – trzeba je wysłać do 14.12. Uff, zdążyłam. Dostałam ładne znaczki – z królem.

Teraz trzymam kciuki za norweską pocztę, a następnie za polską – oby dostarczyli!

Dziś – w drugą niedzielę Adwentu – poszłam rano do pracy, po pracy szybki obiad, kawa i spacer – do kościoła. Na anglojęzycznej mszy ludzie w różnych stron świata, różnokolorowi, mówiący z różnym akcentem. Cudownie było stać w tym łańcuchu ludzi tak różnych, a złączonych jedną wiarą – trzymając się za ręce i modląc do Jednego Boga. Do najbliższych mogę wysyłać kartki, ale dzięki Niemu – mogę czuć bliskość z innymi i tutaj.

Julemarked, łoś i mąż

Wczoraj poszliśmy z Blachowem na spacer do centrum. Chciałam pokazać mu teatr ludowy – Folketeateret, zjeść z nim burgera z łosia i odwiedzić równie komercyjny ale stawiający raczej na kulturę ludową jarmark świąteczny, pospacerować razem wśród światełek na Torgacie, Storgacie, Karls Johanns Gacie.

Burger był rozczarowujący, gdyż wcale nie czuć było łosia, tylko miękkie, rozdrobnione na papkę stale podgrzewane mięso. Zbliżone do wieprzowego.

Za to wystrój namiotów i układ tego mniejszego targu oraz dźwięk norweskich kolęd – przyjemnie wprowadzały świąteczny nastrój.

O teatrze ludowym i światłach miasta opowiem kiedy indziej.