Praca før jula

W oba weekendy, pozostałe do Świąt, mamy pracę. Cieszy nas to, bo za takie nadgodziny dobry grosz wpadnie, a w pracy panuje przyjemny, świąteczny nastrój. Z początkiem grudnia Beata rozdała nam małe kalendarze adwentowe z gustownym obrazkiem. Przypomina o tym, że pracujemy w firmie dostarczającej paczki, owszem, ale nie wali po oczach brązowo-złotym logiem korporacji.

Na paśniku stoi kratka mandarynek (pomarańcze je się na Wielkanoc, w adwencie i na te Święta – je się mandarynki) i butelki soku świątecznego – tutaj to jest naprawdę coś, ta oranżadka rzeczywiście cieszy Norwegów. Smakuje dokładnie jak czerwona Helena (czyt. okropnie), więc jeśli chcecie spróbować typowego norweskiego soku świątecznego – polecam Helenę. Chyba jeszcze ją produkują.

Z ciekawostek – dziecko w pracy nie stanowi tu dla nikogo problemu. Meng nie miał z kim zostawić dzieciaka (na oko około 4 lat, mała kopia Menga), więc wziął małego do roboty. Dziecko siedziało obok, rysowało, kolorowało, pożerało mandarynki, a że gadatliwe jak ojciec (wcale) – nikomu nie przeszkadzało.

Koniec akcji „move it”

Przez cały listopad trwała w pracy akcja prozdrowotna pod hasłem „move it!”. Akcja miała zachęcać pracowników do treningu w czasie wolnym. Na ściance działowej dziewczyny (Idunn, Soheila, Pia) zawiesiły tabelę z nazwiskami pracowników i datami. Każdego dnia można było wpisać, ile się ćwiczyło.

Na koniec miała odbyć się loteria. Losy dostawało się za ćwiczenia (1 godzina treningu = 1 los), ale można było też kupić.

Na start Idunn i ja dostałyśmy po worku z drobiazgami – w ten sposób wyróżniono nas jako dwie mistrzynie sportu – Idunn pierwsza, ja druga. Potem dwóch najpracowitszych chłopaków: Stig i Martin. (Ja i Martin ćwiczyliśmy mniej więcej tyle samo, choć on nieregularnie, za to dłużej – po około 29 godzin).

Najentuzjastyczniej do losowania podchodziła Beata.

Poza tym – koniec listopada oznacza też przyzwolenie na przynoszenie przekąsek na paśnik. Rano położyłam tam dwa talerze pierniczków, które cieszyły się sporym powodzeniem. Potem organizatorki „move it” uzupełniły paśnik innymi przekąskami:

Obłowiłam się dzisiaj: wylosowano mnie przy rozdawaniu ręcznika, niebieskiej bluzy z kapturem, kubka termicznego. A w torbie Wonderwoman kryły się kredki, batonik, lizak, skarpetki, długopis, notatnik – miłe drobiazgi.

Najważniejsza jednak była chyba atmosfera – radość, śmiech, komentarze. Nagród było dużo, losowanie trwało kwadrans, ale było miło i serdecznie. Doceniam tę atmosferę w pracy i zaczynam podejrzewać, że może mi tego brakować, gdy wrócę do domu. Chociaż – atmosferę tworzą ludzie. A ja mam szczęście do ludzi.

Egenmelding i przydział lekarza

Troszkę norweskiego prawa pracy w praktyce, czyli kilka słów o egenmeldingu (własnym zgłoszeniu – tłumacząc dosłownie). Jest to zwolnienie typu polskiego L4, tylko bez konieczności odwiedzenia lekarza. Zwykły sykemelding, czyli „L4”, wystawione przez lekarza, również występuje i płatne jest około 80%, więc tak, jak w Polsce. Ale egenmelding występuje obok tego zwykłego zwolnienia i jest pełnopłatny.

Tego własnego zgłoszenia choroby można użyć kilka razy w roku, po kilka dni. Ograniczenia zależą od firmy i zasady, na jakich to rozwiązanie działa w mojej firmie stanowiły połowę dokumentów, które dostałam do podpisu, przyjmując pracę. (Co nie znaczy, że dokumentów było dużo – jedna kartka zadrukowana z obu stron to umowa, a druga – to opis funkcjonowania egenmeldingu).

Jak zwykle w takich przypadkach – Norwedzy nie przewidują oszustw. W zasadach korzystania jest co prawda zaznaczone, że nie można zgłosić egenmeldingu w dniach pomiędzy Świętami i Sylwestrem (tzw. romjula), ani przy jego pomocy robić sobie długich weekendów (np. 17. maja to czwartek, więc nie wolno zgłaszać samemu choroby w piątek). W tych przypadkach należy iść do lekarza. Poza opisanymi przykładami – zgłaszać chorobę można, a po powrocie do pracy wszyscy pytają, jak się czujesz, a nawet dopatrują się bladości i osłabienia #truestory.

Basia już dostała przydzielonego lekarza. Ja wciąż czekam na list od Skatteetaten z moim przydziałem. Nie, żebym miała zamiar korzystać, co to, to nie, ale na wszelki wypadek się przyda.

Bo z lekarzem to też nie całkiem ogarniam, jak działa system umawiania się i – co ważniejsze – płatności. Część płaci ubezpieczyciel, ale część pacjent, ale jak, ile, kiedy – mam nadzieję, że nie będę musiała się dowiadywać.

Milczenie jest złotem Norwegii

W pracy druga część szkolenia na temat komunikacji. Czyli staje para Norwegów i tłumaczą piętnastoosobowej grupie Norwegów (głównie) dlaczego i jak należy rozmawiać w pracy, o pracy, etc.

Każdy musiał się wypowiedzieć o tym, co ciekawego zaobserwował, jeśli chodzi o komunikację w pracy przez ostatnie dwa tygodnie. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że nie zauważyłam komunikacji. Wyjaśniłam, że chodzi o to, że tu jest zupełnie inaczej niż w Polsce, w zespole, który zajmuje się tym samym. Tam gadamy cały czas, tu raczej nie, tu raczej się w milczeniu pracuje. Poza hei i ha det większość ludzi się nie odzywa. Troszkę to zaciekawiło prowadzących, więc wyjaśniłam, że ma to dobre i złe strony, z jednej strony jesteśmy bliżej ze sobą, znamy się lepiej, ale z drugiej hałasujemy, kłócimy się, narzekamy. Tu jest spokojnie.

Ale mówienie o komunikacji jest trochę na wyrost. Bo zasadniczo – jej tu nie ma zbyt wiele.

Listopadowy podatek

W Norwegii płaci się około 30% podatku, przy moich zarobkach. Oczywiście, dzieje się to, jak u nas, pomiędzy pracodawcą a pracownikiem. Pracodawca płaci 100%, z czego 70% pracownikowi.

Ale tutaj państwo robi prezent obywatelom (i całej reszcie pracowników) i przed Świętami Bożego Narodzenia obniża podatek. Jako że dzień wypłaty zależy od firmy, to by zapewnić, że każdy tę większą wypłatę dostanie przed Wigilią – mniejszy, 20% podatek naliczany jest w listopadzie.

Sądzę, że to całkiem niezły pomysł, który napędza gospodarkę. Co ciekawe – nikt tu nie oprotestowuje tego, że akurat przed chrześcijańskim świętem, ani że to jeszcze bardziej komercjalizuje święta, ani w żaden inny sposób. Okej, w radiu można usłyszeć rozmowę: czy to potrzebne, albo czy nie za wcześnie na świąteczne piosenki w listopadzie – oba tematy są traktowane podobnie lekko.

Halloween i wypadek w Bergen

Lubię to święto, choć, owszem, denerwuje mnie lekko bicie komercyjnej piany z jednej strony, jak również moralizatorskie zakazy z drugiej. Ale samo Halloween z przebieraniem się i z zabawą – lubię. I w pracy można podjeść przyniesionych przez Beatę słodyczy, i bezkarnie nazwać swoją kierowniczkę „wiedźmą”.

W pracy czytałam sobie trochę o tym święcie. I znalazłam tam inne nazwy: Hallowe’en, Allhallowe’en, All Hallows’ Eve oraz All Saints’ Eve. I wyjaśnienie, że dawniej (ale po IX wieku, bo do IX wieku zmarłych wspominano na wiosnę) w świecie chrześcijańskim świętowano trzy dni: w wigilię Wszystkich Świętych jedzono postną kolację i dawano specjalne ciasta „kolędnikom”, którzy chodzili od drzwi do drzwi, oferując modlitwy za zmarłych; we Wszystkich Świętych chodzono do kościoła, a w Zaduszki – „na groby”. Mnie to pasuje.

Niektórzy mają pecha do przebieranych imprez. Taki Paweł z Bergen, na przykład. Rozbawił mnie dziś w pracy artykuł z Aftenposten (po polsku na wp) o Pawle, który dostał kilkanaście tysięcy kary za to, że przebrał się za zamachowca-terrorystę. Miał arafatkę, atrapę pasa szahida i plastikowy karabin. Został zatrzymany i ukarany. Ale nie chce przyjąć kary. Na argumenty policji – że przestraszył ludzi tym przebraniem wyjaśnia, że to Halloween, że ma być strasznie!

Jestem w kraju protestanckim, ale nie widzę za bardzo świętowania 500-lecia reformacji. Trochę szkoda.

Rozmowy w pracy

Było o Omarze. Że jest z Meksyku. Ale kwestia pochodzenia u nas w pracy jest dość trudna, skomplikowana, a co za tym idzie, interesująca. Już w pierwszych dniach pracy byłyśmy mimowolnymi słuchaczkami dyskusji o tym, że Norwedzy są w środku, głęboko, ksenofobiczni, że choćby się tu żyło całe życie, to się nie będzie jednym z nich. (I dobrze, kto by chciał być Norwegiem, jak może być sobą, np. Polakiem? – pomyślałam, ale to oczywiście tylko żart. Wydaje mi się, że rozumiem problem).

Podobną myśl wyraził poseł prawicy, podczas debaty na festiwalu Mela. Trudno jest czuć się kimś, a notorycznie być branym za kogoś innego. „Jestem brązowy – mówił tamten poseł – i mój syn jest brązowy. Urodziłem się w Norwegii, dorastałem tutaj, na pewno czuję się bardziej Norwegiem niż Pakistańczykiem. Ale i ja i teraz mój syn ciągle będziemy brani za imigrantów, podczas gdy Polak, który przyjedzie budować Oslo (bo nie wiem, czy wiecie, ale już chyba większość naszej stolicy wybudowali Polacy), albo Niemiec – wyuczy się języka bez akcentu i jest brany za Norwega częściej niż mój syn”.

Tak też mamy w pracy. Że Omar jest z Meksyku, już wiemy. Soheila – piękna, uroda hiszpańska, imię bliskowschodnie – jest z Iranu, ale o niej dowiedziałyśmy się tego w dobry sposób:
– Bo ty, Soheila, to tu się urodziłaś, prawda?
– Nie, przyjechałam z Iranu jak miałam 10 lat…

Inaczej poznałyśmy pochodzenie Sohar. Rozmowa w kuchni toczyła się o awokado i bananach.
– U nas, w Pakistanie, to banany są zupełnie inne – oznajmiła Sohar.
– No, koleżanka mi mówiła, że małe i słodkie.
– Taak, jak miód! – rozmarza się, wspominając. – I ciemne. Te wielkie, żółte, wyglądają przy nich jak zupełnie inny owoc.
– To chyba bałaś się ich próbować?
– Co?
– Bałaś się ich pewnie spróbować. Tych żółtych bananów. Jak przyjechałaś.
– Ja się tu urodziłam. To te małe, pakistańskie, były dla mnie dziwne.

Czy zrobiło jej się przykro? Mam nadzieję, że nie. Ona jest bardzo miła, nie chciałabym, żeby było jej niemiło.

Nowera – w luźnych sukniach i w chuście – też jest z Pakistanu. Yiming – z Chin, tu akurat zaskoczenia nie ma. Sokita za to – z wyglądu daleki Wschód, ale już z akcentu Luwr – jest z Francji. Czasami jak podniesionym głosem coś opowiada, to ten akcent aż bawi. Jest to urocze.