Elvelangs i fakkellys

Równonoc. I jednocześnie początek trzeciego miesiąca w Norwegii. Ale równonoc oznacza pożegnanie się ze światłem – teraz go będzie mniej niż mroku.

 

Z tej okazji wzdłuż przepływającej przez Oslo rzeki mieszkańcy miasta (bo naprawdę wiele grup ze szkół, domów kultury i innych takich angażuje się w akcję) oświetlili brzeg rzeczki inaczej niż zwykle.

W kilku miejscach stały też sceny, ale większość grup nie potrzebowała nagłośnienia. Stały więc chóry, siedzieli gitarzyści, tańczyły Cyganki, Amnesty International zbierało podpisy, by ratować Birmańczyków, chłopcy wirowali w fireshow… Działo się.

 

Co prawda nie był to Łódzki Festiwal Światła i Ruchu (LMF), większość instalacji składała się w dużej części z odpadków, ale i tak było świetnie.

To wyjście to pomysł Basi. Wróciłyśmy zmęczone i szczęśliwe. Na dobranoc – człowiek śpiący na katafalku pod mostem: 

 

Maraton w Oslo

Już wczoraj w centrum widoczne były przygotowania do dzisiejszego maratonu. A że niektórzy z nas są stałymi bywalcami takich imprez i uwielbiają maratony (mogą na nie patrzeć godzinami) – musiałyśmy się tam wybrać i „zaliczyć” kolejną atrakcję na naszych wakacjach.

Ludzie rzeczywiście biegli. Nad trasami, w najruchliwszych miejscach, zrobiono „przepławki” – tak, że niemal nie przeszkadzaliśmy biegającym.

Start i meta znajdowały się między Rødhusem a portem. I akurat, gdy doszłyśmy do centrum, ruszała kolejna tura biegaczy – półmaraton:

Kolejna atrakcja Oslo – zaliczona. Spacer po mieście również. Z tak pięknej pogody trzeba korzystać. A to miasto – cóż, można było trafić dużo gorzej. I choć nie jest to Bergen (ach, jak przypomina się bieg siedmiu wzgórz w Bergen!), to Oslo też potrafi być piękne.

 

Kulturnatt

Dziś nieoczekiwany a wspaniały dzień. W dużej mierze dzięki Basi, która znalazła informację o nocy kultury w Oslo (coś jak majowa Noc Muzeów we Wrocławiu). Wiele muzeów otwierało swoje podwoje, zorganizowano kina na świeżym powietrzu w kilku dzielnicach, nawet łódeczka zabierała ludzi na rejs po fiordzie (ale późno, bo po zachodzie słońca).

Z bogatej oferty wybrałyśmy ogródek przy fabryce Frei (z nadzieją na czekoladowy poczęstunek), Storting i koncerty w katedrze. I z takim planem w głowach ruszyłyśmy na miasto.

  • http://oslokulturnatt.no/hva-skjer/freia- Freja nas nie zawiodła. w małym parku można było podziwiać dziewczynę na misiu (Piken på bjørnen) Vigelanda, kopię Nike z Samotraki („I temu jedynie zazdroszczę Dla którego w porywie swym straciłaś głowę„), można było rzucić krową do wiadra (serio serio – kaste kua!) i zakręcić kołem fortuny, a w sali – podziwiać największą prywatną kolekcję bazgrołów obrazów Muncha. I, oczywiście, przy tym wszystkim zajadać pyszną czekoladę Frei.

Po obowiązkowych zakupach, bogatsze o czekolady i przesłodzone poczęstunkami – ruszyłyśmy na parlament. W długiej kolejce odpoczęłyśmy i upewniłyśmy się, że to był dobry wybór (miliony much nie mogą się mylić). I po kontroli bezpieczeństwa weszłyśmy do Stortingu – http://oslokulturnatt.no/hva-skjer/kulturnatt-pa-stortinget:

W sali obrad znajduje się obraz nawiązujący do samego początku Stortingu –Eidsvold 1814  Oscara Wergelanda. Uważam, że to wzruszające i piękne. Wystrój sali obrad – niemal niezmieniony od samego początku (jeden z przewodników powiedział, że obicia foteli były na początku zielone).

W mniejszej sali obrad posłuchałyśmy wykładu o obrazach, znajdujących się w galeriach parlamentu. Później, spacerując po tych galeriach – rozpoznawałyśmy obrazy.

Oferta dla najmłodszych – klocki lego i kolorowanki, i zdjęcia na instagram – to lubię 😉

Zmęczone, wracając już powoli do domu, zajrzałyśmy do katedry, gdzie chór odśpiewywał religijną pochwałę Marii – gwiazdy morza. Koncerty odbywały się co godzinę: http://oslokulturnatt.no/hva-skjer/kulturnatt-i-domkirken- Było magicznie.

Po takim wstępie to będzie naprawdę bardzo, bardzo god helg!

Oslo wg Pauli

Dziś Paula zwiedzała miasto. Robiła to po swojemu i zwracała uwagę na inne rzeczy, niż zazwyczaj turyści. Nie wspinała się może na rzeźby (to moja domena), ale za to poznała dziwnego Norwega, Randalfa, z którym obrali ten sam kierunek  –  Bygdoy. Po drodze takie oto widoki postanowiła utrwalić:



Wracając na Loeren zmokła doszczętnie, ubrania i kurtka suszyły się na podłodze w łazience. Ale to nie zatrzymało Pauli i wspólnie poszliśmy na zakupy. Oto jej łup:

 

* wszystkie użyte zdjęcia są autorstwa Pauli. Ja dziś siedziałam w pracy, a Blachow, zmęczony wczorajszym (i w sumie całym weekendem) pracował z domu.

*** wszystkie łupy Pauli zostały zaanektowane na lotnisku. Puszek i past nie da się wywieźć z Norwegii – podobnie jak brunnost są traktowane jak płyny.  Co ciekawe – polskie kontrole przepuszczają zarówno puszki jak sery (przywieźliśmy w sumie z 3kg sera i kilka puszek z mięsem i makrelą.

Powrót we trójkę

Do Oslo nie wróciłam sama, a ze wsparciem – przylecieli ze mną Blachow i Paula. Lot był piękny. Znów zrobiłam zdjęcia – bo mam się gdzie nimi podzielić. Tutaj:

Z lotniska zabrał nas Marcin, który odezwał się na grupie fb, kiedy wsiadaliśmy do samolotu (on też wsiadał, ale w Katowicach). W mieszkaniu rozpakowałam zapasy, niektórzy się przespali…

Ruszyliśmy na miasto późno, zaszliśmy do Opery, gdzie Paula podziwiałam krajobraz budowlany, a ja zaprzyjaźniałam się z mewą. Potem tygrys przed dworcem, storting z lwami, pałac, spacer z powrotem…

Jutro odpocznę w pracy.

Jagody, grzyby i panorama miasta

Wróciliśmy z Grefsenskog. Zmęczona, lecę obierać grzyby, a wcześniej – krótko: było wspaniale.

Najpierw pojechaliśmy nad jeziorko Trollvann – nad trolową wodę. Pospacerowaliśmy tam, rozgrzaliśmy się, było bardzo miło. Rzucił się nam w oczy jeden grzyb, ale  – pojedynczy? Bez sensu…

Potem przenieśliśmy się dokładnie tam, gdzie powinniśmy – gdzie w lesie czaiły się jagodziny i grzyby, a Tomasz mógł się spokojnie zaczaić na widok.

Gdy niebo zaczęło się czerwienić, usiadłyśmy za Tomaszem i obserwowałyśmy niebo, miasto, jego. Rozmawiałyśmy o świętach i różnych rodzinnych sprawach. Miasto zatapiało się w mroku. Potem się z niego wyłoniło jeziorem świateł. Potem zrobiło się zimno. I wróciliśmy do domu.

Mosty i rzezby

Dzień był tak ponury i smętny, że nie ma o czym pisać. Dlatego przedstawiam rzeźby, spotkane na Ekebergsletta. Widoczna powyżej baletnica wygrywa w kategorii najładniejsza rzeźba. Reszta… cóż – zostawiam do oceny indywidualnej.

Vigeland:

Marylin:

Lewitująca baba:

Dali:

Stoją sobie w parku takie dziwności. Ładne koło brzydkich, dziwne koło normalnych. Ah, no najbrzydszych to nie fotografowałam, ale wierzcie, są też naprawdę brzydkie.

Zainteresował mnie też most na Ankerbrua. Na obu krańcach, po obu stronach stoją rzeźby – dwie kobiety i dwóch mężczyzn, wszyscy nadzy, wskakują na zwierzęta: mężczyźni dosiadają konia i łosia, kobiety – niedźwiedzia i byka.

Ten wpis służy głównie przekonaniu samej siebie, że Oslo nie jest nudne  ani szare, ani tak ponure jak dzisiejszy dzień.