Niedziela w Vigelandsparken, Akerbrygge i in.

Słońce dziś kontynuowało. Było pięknie, ciepło, jasno, kolorowo. Wykorzystaliśmy to na długi spacer po mieście.

Park Vigelanda…

(W parku, przy fontannie znalazłam taką na przykład płaskorzeźbę – zadowoloną kobietę na porożu łosia. Cóż – potem znalazłam takiego łosia, na jakiego ja bym chętnie wsiadła. Tęsknię za moją 125tką)

…zamek królewski, pod nim zmiana warty, dalej storting, nad morze…

…długi spacer po Akerbrygge…

…dalej pod operę…

…przez dworzec i Karl Johanns gate…
(schodziłam dziś całe Oslo)

…aż pod kościół – na angielską mszę.

Psalm został odśpiewany fantastycznie. Melodia zupełnie mi nieznana. Wzruszająca, podniosła, niesamowita. Inne piosenki zupełnie w moim stylu – gitara, tamburyn, oazowe, zabawne melodie. Jestem szczęśliwa.

Zwiedzanie, słonce, plaża

Zaczęło się zwiedzanie, oglądanie miasta.  A że zarówno zapał Tomka jak i pogoda przywiedziona przez Julię sprzyjały – to oglądanie miasta udało się nadzwyczajnie. Tomasz zadbał nawet o zgranie odwiedzanych miejsc z pozycją słońca. Optymalizacja procesu krajoznawczego na poziomie eksperckim.

Tak więc najpierw pojechaliśmy na punkt widokowy, z którego pochodzi powyższe zdjęcie – panorama. Oglądaliśmy widoki, spacerowaliśmy po lesie, podziwialiśmy/wyśmiewaliśmy rzeźby w lesie (pokażę je innym razem, żeby nie przeładować dzisiejszego wpisu), robiliśmy zdjęcia. Dużo zdjęć. Słońce świeciło, grzało, w swojej czerni wygrzewałam się jak jaszczurka.

Zresztą, za chwilę, gdy podjechaliśmy na Bygdoy (bynajmniej nie w celu odwiedzenia znajdujących się tam muzeów), właśnie jak jaszczurka nagrzewałam się na skałkach. Przed wejściem do wody!

Popoływałam trochę. Niedługo, bo woda jednak zimna. Ale i nie za krótko, bo cóż byłby za sens moczyć czarną bieliznę (oksymoron), zastępującą kostium kąpielowy? Cała ekipa pływała. A później grzała się w słońcu.

Spacerując wzdłuż brzegu znajdowaliśmy małe cuda – a to muszelki, to krabiki (same pancerze), to rozgwiazdę. Pierwszy raz widziałam rozgwiazdę! Leżała w kałuży na skałach i się nie ruszała, myślałam, że nie żyje, ale, urzeczona jej intensywną barwą, chciałam i tak zrobić jej zdjęcie. Wyciągnęłam ją przy pomocy muszelki na kamień, a ona zaczęła się ruszać! Jak dziwnie poruszają się rozgwiazdy! Wrzuciłam ją do morza (myślałam o zostawieniu jej w kałuży, ale Tomasz zauważył, że ugotuje się tam żywcem…).

Naszym celem były klify, ale doszliśmy tylko do mniejszych, podobno dalej były większe, jednak zmęczenie nóg oraz – a raczej przede wszystkim – kończący się czas wykupionego parkingu, kazały nam wracać.

Wróciliśmy o samochodu, ale przecież jeszcze nie do domu. Zahaczyliśmy o skocznię Holmenkollen – skocznia skocznią, ale ten trol, stojący naprzeciwko, i ten widok z góry na fiord!

Wróciliśmy naprawdę setnie zmęczeni. To był wspaniały, wspaniały dzień. Na koniec nie bez znaczenia były fiskeboler i wspólne oglądanie zdjęć – te tu to tylko ot, na szybko wgrane zdjęcia z mojej komórki, ale w albumie po powrocie do Polski znajdą się dużo piękniejsze i raczej nie mojego autorstwa.

 

 

Sztuka z natury dziwna

Kontynuuję chorowanie prawego oka. Z tej okazji ograniczę liczbę pisanych słów i zaprezentuję sztukę z natury dziwną, występującą na naszym osiedlu.
Powyżej – rozkawałkowana i krzywo sklejona kobieta. Symbol tego, że czasami próbuje się coś naprawić i nie wyjdzie. Na przykład stłuczony kubek. Albo baba. (A tak serio, to akurat ta jedna rzeźba mi się podoba. Dlatego jest okładką tego wpisu).
Dziwne coś:

Skąd bierze się ta „sztuka”? Jest pewna teoria: kawałki tej „sztuki wyrastają z ładnie skoszonych trawników tudzież zadbanych klombów, więc jest możliwe, że to taka transakcja wiązana: studenci/absolwenci tutejszego ASP mogą postawić swoją maszkarę w uzgodnionym miejscu pod warunkiem, że będą potem kosić trawnik, na którym ona stoi. I wszyscy zadowoleni.

Koleś na koniu, uprowadzający nagą babę. Proszę:

Na koniec – smaczek. Bekonowy. Świnia jak te z Folwarku zwierzęcego Orwella. Wierni czytelnicy mogą pamiętać, że już jedna świnia była , pojawiła się – we wpisie indukcja i spacer. Nadzy ludzie i świnie to popularny motyw. Śmiejemy się, że świnie to nasi osiedlowi strażnicy.

Na koniec zapewnię – w końcu pozwiedzam z Oslo. Ale takie rzeczy zostawiam na czas, gdy przybędą goście. Gości ugościć i pokazać im Oslo – a przy okazji samej sobie przypomnieć.
Już jutro – Pierwszy Gość!

Mela

Prezentowaliśmy z Douglasem Esperanto. I klub w Oslo, któremu zawdzięczam łatwy start w nowym mieście. Wspaniale, jak u siebie, jak w domu!

„Mela” z sanskrytu to spotkanie albo miejsce spotkania. Tu chodzi o spotkanie różnych kultur w Oslo. I jest bardzo kolorowo. Hinduskie piękne wzorzyste sari, niesamowite cygańskie sukienki, muzułmańskie chusty… I cztery słonie, zielone słonie:

W naszym namiocie informacyjnym stały stoły różnych organizacji. Była biblioteka, policja, organizacja prowadząca szkołę tańca bolywoodzkiego, diabetycy, centrum informacji o HIV, o AIDS, chłopaki z fundacji pomagającej uchodźcom w Libanie (na miejscu), etc. Naprawdę fajnie, naprawdę ciekawie.

Słychać było muzykę ze sceny klasycznej, nawet tango leciało, przyjemnie. Aczkolwiek dla Douglasa za głośno.

Ja cały dzień gadałam po norwesku (głównie, czasem trochę po angielsku, czasem po polsku, czasem w esperancie) na temat, który znam i lubię. Do tego było głośno, miło, slotowo trochę i kolorowo. Świetnie!

Indukcja i spacer

Sobota nie uradowała nas zapowiadaną piękną pogodą. Pochmurno, chłodno, wietrznie. Zrobiłam zakupy w Remie i Kiwi i pojechałam na rowerową wycieczkę po wieszaki. Wcześniej cieszyłam się pierwszym śniadaniem w naszym mieszkaniu – a towarzyszące temu posiłkowi dźwięki gitary tylko dodały uroku tej chwili.

 

Dzięki wieszakom mogłam zrobić porządek w szafie. A dzieki zakupom – ugotować obiad. Tutaj czekała mnie przykra niespodzianka – indukcja. To znaczy, że ani patelnia pożyczona z klubu, ani przywieziona z Polski, ani rondelek – nie działają. Działa stary emaliowany garnek. A że cebula, cukinia i papryka już pokrojone – to smażyłam w garnku.

Basia i Tomek wpadli ze zdobycznym łóżkiem, ja wypadłam powłóczyć się po okolicy. Oto dziadełka, zapewne Sztuka, z sąsiedztwa. Jest tego więcej, pozbieram i pokażę niedługo.

Poćwiczyłam, poczytałam. Skończyłam Dzienny Patrol Łukanjenki. Już ostrzę zęby na kolejną część.

Wkurzający Wtorek

To dziś ten dzień! Klucz do mieszkania uzyskany! Właśnie – klucz. A nie klucze. Bo Chris z firmy leie-bolig pomylił klucze. W związku z tym Wielka Przeprowadzka się nie dokonała, zacznie się jutro. Ale mieszkanie zostało sprawdzone – np. tu kiedyś może stanie kanapa:

A jedyne jak na razie miejsce do przesiadywania w salonie – to blat w kuchni:

Widok z mojego pokoju też jest niczego sobie:

Problem pierwszego świata też się pojawił, albowiem w mojej szafie brak drążka na wieszaki. Drążek na wieszaki w szafie na ubrania – ważna rzecz. I nawet nie sądziłam, że będę potrafiła powiedzieć Chrisowi, o co chodzi. Ale proszę – lata odpraw celnych towarów i irytacja mogąca odblokować nieznane mi pokłady norweskich słów w głowie – i można przekazać tę ważką informację.

Po powrocie z tego nie do końca udanego przekazania kluczy – porozmawiałam z Douglasem, pogrzałam się w słońcu, czytając książkę i posprzątałam kuchnię. Potem zajęłam się ściąganiem na komórkę Douglasa map google.

Aha – pierwszy Gość się zapowiedział! Więc śmiało można w ślad za tym pierwszym gościem rezerwować podłogę. Tej mamy pod dostatkiem.

Niepogodna Niedziela

Padało od rana. Aż z kanapy wstać się nie chciało. Tym bardziej, że nie było motywacji – Msza jest o 13 lub 14:30, Douglas dziś nie przyjdzie przed spotkaniem kwakrów, więc można się powylegiwać.

Wreszcie jednak trzeba wstać. Poszukać na finn.no przyszłego łóżka. Ale bez przesady – jest jeszcze czas. Łóżka, które można by odebrać w środę nie znalazłam. Ale za to 4 białe kubki i 4 białe filiżanki tak. Umówiłam się z właścicielką. Może nie będzie na czym spać, ale będzie z czego napić się herbaty.

Ubrałam sukienkę, glany po kolana i uzbrojona w parasol, z czytnikiem w ręce – poszłam do kościoła. Wybrałam katedrę św. Olafa, bo tam uroczystość – rocznica wyświęcenia świątyni.  Z tej okazji po komunii odśpiewaliśmy Te Deum. Byłam w tym momencie najszczęśliwszą osobą na świecie. Wszystko się ułożyło, już nie muszę się przesadnie denerwować o przyszłość, bo tylko czekać na już ustawione, umówione kroki; wszystko więc dobrze i do tego mogę na głos chwalić Boga, po polsku – słowami tego hymnu.

Gdyby następna Msza była norweska – zostałabym. Żeby usłyszeć ten hymn po norwesku i sprawdzić, czy ksiądz też tak sprytnie i sprawnie połączy w kazaniu interpretację psalmu, ewangelii i jeszcze rocznicy. Bo Polak potrafił.

Znalazłam tekst Te Deum po norwesku. W kilku miejscach nie potrafię domyślić się, jak to zaśpiewać. Poszukam nagrań.

Deg, Gud, lover vi.
Deg, Herre, bekjenner vi.
Deg, evige Fader,
ærer all jorden.
Deg lover alle engler.
Deg bekjenner himlene og alle makter.
Deg ærer kjeruber og serafer,
og med uopphørlig røst de roper:
Hellig! Hellig! Hellig!
Herre Gud Sebaot!
Fulle er himlene og jorden
av din herlighet og velde.
Deg priser apostlenes mektige kor.
Deg lover profetenes ærverdige skare.
Deg opphøyer martyrenes hvitkledte hær.
Deg bekjenner over all jorden
den hellige Kirke,
Fader, umåtelig i velde,
og din høylovede sanne og enbårne Sønn,
og Trøsteren, den Hellige Ånd.
Du er herlighetens konge, Kristus.
Du er Faderens evige Sønn.
Du er blitt menneske for å utfri mennesket
og du skydde ikke jomfruens skjød.
Du har overvunnet dødens brodd
og opplatt himlenes rike for de troende.
Du troner ved Guds høyre hånd, i Faderens herlighet.
Som vår dommer tror vi du skal komme.
Deg ber vi derfor: Hjelp dine tjenere,
som du har gjenløst med ditt dyre blod.
Tell dem blant dine hellige i den evige herlighet.
Frels ditt folk, o Herre,
og velsign din arvelodd.
Led dem og opphøy dem til evig tid.
Dag for dag velsigner vi deg,
og vi lover ditt navn i evighet og i evigheters evighet.
Verdiges, Herre, i denne dag å bevare oss uten synd.
Miskunne deg over oss, Herre,
miskunne deg over oss.
Din miskunn hvile over oss, Herre, vi som håper på deg.
Til deg, Herre, har jeg satt min lit,
la meg ikke bli til skamme i evighet.

Potem spacerem poszłam po kubki i filiżanki. Spacer był przyjemny, mimo deszczu. Glany plus parasol dobrze mnie chroniły. Szłam przez park prowadzący do Akersveien. Mają tam mostek specjalnie przeznaczony dla zakochanych miłośników kłódek.

Wyszło słońce, wysuszyło mokre od deszczu ławki. Wracając więc przysiadłam na chwilę, skończyłam czytać „Opowieść podręcznej”, Margaret Atwood. Lektura mnie nie porwała. Nie mam zastrzeżeń co do treści, ale forma nie dla mnie. Może łatwo było ją przełożyć na serial. Zamknąwszy czytnik zapatrzyłam się w widok niewielkiej części panoramy Oslo.

Ponoć z Grefsensskogen widok jest oszałamiający. Zajęci jagodami nie szukaliśmy wczoraj widoków. Może poszukamy jutro, wreszcie po pracy będzie można gdzieś pojechać zamiast wciąż odwiedzać mieszkania, firmy pośredniczące, urzędy czy banki. Nareszcie.