Rodzice na Bygdøy

Na wyspę trafiliśmy już wczoraj a dziś – ja do pracy a rodzice – do muzeów. A było trochę zwiedzania: Kon-Tiki, Fram, muzeum morskie, łodzi wikingów i skansen. W skansenie dołączyłam i wróciliśmy już razem. Oto kilka zdjęć ze skansenu czyli Folkemuseum:

Rodzice w Oslo

Na miejscu czytelników przygotowałabym się na to, że wpisy będą raczej lakoniczne. Przyjechali do mnie rodzice. Podjechaliśmy na Bygdøy, na plażę, do lasu i polami z powrotem, na wybrzeże – do portu, i na operę.

Rodzice są w mieście, więc kto wie, co się może zdarzyć. Nurek może popłynąć!

Gosia na Bygdøy

Dziś spędziłyśmy cały dzień we trójkę: po wczorajszym intensywnym zwiedzaniu miasta dziś przyszedł dla Gosi czas na słodki odpoczynek na plaży Huk na Bygdøy. Pogoda była idealna, ze 30 stopni, woda przyjemna. Cieszenie się pływaniem psuł tylko moment wchodzenia do wody (tu nie ma piaszczystych plaż i łatwo poślizgnąć się i pokaleczyć sobie stopy na kamieniach i pąklach).

Opalałyśmy nogi, pływałyśmy w Oslofjorden, kto by pomyślał, że mamy początek czerwca!

Żeby nie przeleżeć całego dnia wybrałyśmy się na spacer po lesie, a potem – na operę (punkt obowiązkowy, a wczoraj dach był zamknięty ze względu na jakieś wydarzenie).

Idąc Karl Johanns Gate mijałyśmy głośny i kolorowy karnawał z Rio – Gosia mówi, że to pewnie zawody kilku szkół tańca latynoskiego, i że takie wydarzenia są organizowane w różnych miastach. Nie ułatwiało to poruszania się główną ulicą Oslo i zakupu pamiątek – ale było radosne i kolorowe.

Zdążyłyśmy wrócić przed deszczem. Wreszcie padało, po tygodniach suszy. Szłam jeszcze do sklepu, by mieć rzeczy na przyjazd rodziców i mnie zmoczyło. Nie było to nieprzyjemne. Wręcz przeciwnie. Dużo deszczu nie było, trochę szkoda (dla dobra lasów): dwa grzmoty, godzina opadów. Ale lepsze to niż nic.

Między zegarem a łóżkiem

Kolejna odsłona Muncha, kolejne odwiedziny w jego muzeum w Oslo. Tym razem wystawa dotyczy tylko jego obrazów, żadnych artystów dodatkowych, sam Munch. Punktowe światła, tym razem białe ściany, w ramach urozmaicenia dziwaczne (dizajnerskie!) kanapo-ławki w kształcie czarnych elips pośrodku sal:

38 obrazów. Żeby nie było nudno i monotonnie – broszurka ze szczegółowymi opisami i refleksjami na temat kilku wybranych obrazów. I majstersztyk na koniec – „pracownia malarska”, w której można usiąść, narysować coś inspirowanego właśnie obejrzanymi obrazami, posłuchać o autoportretach malarza lub zastanowić się nad tym, w jak różny sposób można opisać jedno dzieło:

Większość prezentowanych prac to autoportrety. I jeden z nich zrobił na mnie rzeczywiście wrażenie. Nie znałam go wcześniej, a tu tak przyjemne barwy na płótnie. Towarzystwo Madonny mogło mu tylko pomóc – przyciągana jej magnetyzmem, poświęciłam też uwagę „Autoportretowi w piekle” – bo tak się nazywa ten niewielki obraz:

Podsumowując wrażenie – nie, nie polecam. Nie żałuję, że poszłam, w końcu zostało mi tu niewiele czasu. Ale nie, nie polecam, by płacić za wstęp i snuć się jak duch po białych korytarzach. Trochę za ciemno, za nudno, zbyt dizajnersko.

Sommerpark – wspomnienie zimy i lata z Bartkiem

Obiecałam, że opowiem o całodniowej wycieczce z Blachowem. Tydzień temu mieliśmy sobotę dla siebie i chciałam iść gdzieś w naturę. Bartek zaproponował:
– Może to miejsce, gdzie byliśmy z Moniką?
– Vinterpark?
– Tak. Raczej już nie będzie tam śniegu. I zobaczymy, jak teraz wygląda.

I to był bardzo dobry pomysł. Bo park zmienił się nie do poznania, nawet nazwa już nie była ta sama:

Staraliśmy się odtworzyć trasę, którą przeszliśmy z Moniką, ale też przejść dalej – dookoła jeziora, do parku linowego i tak dalej. Pogoda była cudowna, jasna zieleń młodych liści cudnie dopełniała ciemniejsze odcienie iglaków. Było doskonale!

Na zdjęciu-okładce tego wpisu siedzimy razem z Bartkiem na starej, bardzo zniszczonej skoczni (wiem, że plecak leży bez sensu i psuje kompozycję, ale wierzcie mi, jakoś nie miałam do tego głowy…). Tak wygląda ta skocznia w całej okazałości. Ewidentnie nieużywana od lat.

To tyle na dziś. Garść wspomnień sprzed tygodnia, bo dziś 8 godzin w pracy, powrót do domu, bo gorąco i Msza święta w języku angielskim. Więc nic ciekawego – wspomnijmy zeszłą sobotę.

17 mai – Święto Narodowe Norwegii

Dziś święto. Najważniejsze święto w Norwegii. Jednocześnie dzień niepodległości i święto konstytucji, bo w roku 1814 w Eidsvoll podpisano konstytucję głoszącą suwerenność Norwegii. Niepodległość trwała 3 miesiące, ale kolejny właściciel Norwegii – król Szwecji – zachował większość jej ustaleń, więc ostatecznie wszystko się dobrze skończyło.

Tego dnia główną ulicą Oslo, Karl Johanns Gate, przechodzi od dworca, obok Stortingu, aż do pałacu królewskiego parada dzieci. Pomiędzy poszczególnymi szkołami przechodzą też, grając, dorosłe orkiestry z tych dzielnic. Z okna Stortingu macha do nich prezydent parlamentu, a na końcu trasy wita dzieci z balkonu rodzina królewska. Cała ulica pełna jest ludzi z flagami – zwykle w bunadach, tradycyjnych strojach ludowych, różnych dla różnych rejonów Norwegii. (Słowo bunad wywodzi się także ze staronordyckiego búnaðr – sprzęt gospodarstwa domowego, ubranie. Na kostiumy ludowe – folkedrakter – używa się go dopiero od XX wieku, ale za to dość zdecydowanie).

Jest pewna grupa, która bunad nie nosi, a są to russy, o których już pisałam. Czasami idą wszyscy razem, na końcu, w tym roku – grupy russów szły ze swoimi szkołami. Dziś ostatni raz idą w barnetoget – paradzie dziecięcej. W najbliższych tygodniach czekają ich matury, więc już koniec zabawy.

Flagi w oknach, na masztach przy domkach. Tłumy ludzi  bunadach, wymachujących flagami. W sklepach – wiązanki granatowych, czerwonych i białych kwiatów. Nawet wystawy sklepów dostosowuje się do nastroju i wymienia na ten dzień na pełne granatu, bieli i czerwieni.

Wspaniale było spędzić ten dzień w Oslo i z Bartkiem. 7 lat temu 17. maja byłam również w Oslo, ale – całkiem sama. I tak dobrze wspominam tamten dzień, ale ten – przyćmił tamto święto. Od teraz będę wspominać ten dzień.

 

 

 

Majowa wycieczka – Årvollåsen

Dziś Kristi himmelfartsdag czyli Wniebowstąpienie Jezusa. Z tej okazji w Norwegii przysługuje dzień wolny od pracy. Wybraliśmy się więc na wycieczkę – na pobliskie wzgórze Årvollåsen.  W lesie zachwyca świeża zieleń młodych liści i miękkość mchów (na zdjęciu płonnik). Przekwitły już niemal wszystkie przylaszczki, kwitną obecnie zawilce.

W Årvollåsen był dawniej kamieniołom. Obecnie już nie, ale zostały wielkie kamienne „schody”, po których mogliśmy się wspinać i wylegiwać się na nich jak jaszczurki. Jaszczurki zresztą właśnie tym się zajmowały.

Poza tym podziwialiśmy widoki, a ja pracowałam nad poprawieniem moich skrzydeł. (Zdjęcia, na których latam zawdzięczam Basi).