W poszukiwaniu wiosny

Wiosna przychodzi powoli. Powoli, bo norweskie kwiaty nie spieszą się, drzewa i krzewy ledwie zaczynają pokazywać malenkie pączki liści. Wczoraj, spacerując sobie po skansenie na wyspie Bygdoy, szukałam tych nielicznych oznak, że już, już niedługo Oslo zakwitnie.

Przy odtworzonej aptece z XIX wieku, w ogrodzie, znajdował się niewielki ogród botaniczny. Ogródek właściwie. I dobrze pokazywał, dlaczego nie warto odwiedzać takich miejsc u progu wiosny:

Oprócz przylaszczek (fioletowe drobne kwiatki na pierwszym zdjęciu), porastających zalesione, ale słoneczne stoki pagórków na wyspie, jeszcze tylko krokusy się odważyły. Ku radości pszczół. Bo pszczoły już się obudziły, więc teraz czekamy na wiosnę razem – i ja i pszczoły.

PS. Zdjęcia pochodzą z wczoraj. Dziś chmury, mgła, wszechobecna szarość sprawiają, że świat wygląda dla mnie tak, jakbym miała na nosie brudne okulary. Nie mam, sprawdziłam.

Turist i egen by – 6 muzeów

Turist i egen by  znaczy „turysta we własnym mieście”. Pod tym szyldem centrum informacji turystycznej w Oslo już od kilku lat w jakąś wiosenną niedzielę rozdaje mieszkańcom darmowe OsloPass – bilety całodobowe do niemal wszystkich muzeów. I na komunikację miejską od razu.

Zaopatrzyłam się w mój bilet – kod do aplikacji (nowoczesność w domu i zagrodzie!) – już wczoraj, więc dziś pojechałam prosto na Bygdøy. Mój plan dnia objął:
1. Folkemuseet – skansen i muzeum ludowe (tu się załapałam na krakersy z niebieskim serem i wystawę rękawiczek dzierganych w Selbu – i kawał fajnego, ludowego koncertu)

2. Vikingskiped – muzeum łodzi wikingów

3. Kon-Tiki – muzeum podróży Thora Heyerdahla, dzięki której udowodnił, że był możliwy kontakt między wyspami Polinezji a Ameryką Południową.

 

4. Norsk Maritimt museum – Bardzo szeroko i w wielu aspektach poruszające temat związku Norwegii z morzem.

5. Fram – muzeum wypraw na bieguny.

 

Po opuszczeniu wyspy skierowałam się do jeszcze jednego muzeum – Nobels fredssenter – muzeum pokojowej nagrody Nobla. Nie zawiodłam się.

Na sam koniec odwiedziłam kościół.  Poszłam na anglojęzyczną mszę, bo taka akurat miała być, kiedy skończyłam szwendanie się. Opowiem, być może, więcej, ale kiedy indziej. Na razie dotleniona, zmęczona i szczęśliwa – idę spać.

Munch, Gaugin i słońce

Wybierałam się dziś na miasto – moim dokładnie wymytym rowerem. Bo ciepło, słonecznie. I miałam misję: sprawdzić obecną wystawę w muzeum Muncha (zmiana nastąpi już 23.04, więc już czas mi się kończył); zdobyć OsloPass na jutro, żeby zaliczyć wyspę muzealną, nacieszyć się słońcem i zrobić zakupy. Wszystko się udało.

Muzeum Muncha przeobraża się całe. Wyglądało zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy na wystawie Munch + Bjørlo. Po kontroli bezpieczeństwa tym razem wchodziło się w mrok. Z mroku wyłaniały się obrazy: często na dwóch ścianach tak rozłożone, by jedna prezentowała dany motyw u pierwszego, druga – u drugiego z artystów.  Kobiety i woda, bogowie, mitologia, biblia, femme fatale, etc.

Tak właśnie wyglądało porównanie: ściana Gaugina vis a vis ściany Muncha. Z podobnym motywem.

Trzy serie litografii Gaugina doczekały się własnych, kolorowych pseudopokoi w  mrocznych pokojach.

 Największe wrażenie zrobił na mnie właśnie „Metabolizm. Życie i śmierć” Muncha. Jestem pełna podziwu. Rama uzupełnia i komentuje mit: korzenie drzewa splatają się z czaszkami – drzewo poznania wyrasta więc ze śmierci. A czaszki są dwie – zwierzęca i ludzka, gdyż  śmierć zrównuje wszystko. Inaczej ma się rzecz z koroną drzewa – górna poprzeczka ramy przedstawia miasto. Cywilizacja staje się więc niejako owocem grzechu – bo w koronie przecież rosną owoce właśnie.

Po odwiedzeniu muzeum zajechałam na dworzec główny, odebrałam kod, by jutro kontynuować zwiedzanie jako turysta w swoim własnym mieście.  Potem na wybrzeżu czytałam książkę, ciesząc się promieniami słońca. Czekałam na to. Zakupy też się udało zrobić. I nie zapomnieć o niczym ważnym.

Dziś po raz pierwszy poczułam, że Oslo jest moim miastem. Stało się nim niespodziewanie, jakoś wyszło z zimy już jako moje. To bardzo dziwne uczucie. Towarzyszy mu bliżej nieokreślona tęsknota. Jednak – bardzo to miłe: być u siebie.

Łowcy zórz

Słońce planowało wzmożoną aktywność dziś w godzinach 21:30- 0:00. W związku z tym mogła pokazać się zorza. Warunki idealne, niebo bezchmurne, rozbłyski na słońcu, czegóż więcej można chcieć?

Pojechaliśmy na Ekeberg, wypatrywać zorzy. Pospacerowaliśmy po mrocznym lesie, popatrzyliśmy w gwiazdy. Niestety, zorzy złapać się nie udało.

Det Norske Teatret czyli mormoni w dialekcie

Dziś byłam na spektaklu. Cały był wykonany w dialekcie vestfoldzkim. I nie stanowiło to dla mnie problemu (okej, kilku wypowiedzi Arnolda w tym jednego żartu nie zrozumiałam, ale wcale nie jest pewne, że załapałabym żart nawet gdybym rozpoznała wszystkie słowa). Więcej opowiem jutro, ale dziś można posłuchać, jak śpiewali odtwórcy głównych ról:

Przy wyjściu z teatru mormoni rozdawali swoją książkę. I tak oto wróciła do mnie Księga Mormona, której fragmenty 7 lat temu czytałam w Bergen po niemiecku. Tym razem mam wersję norweską (napisaną bokmålem, sprawdziłam):

Ciepło i słonecznie

Świeże, pachnące powietrze. Intensywne słońce. Błękitne niebo. Ciepło.
Chciałoby się iść na długi spacer. Ale należałoby się uczyć. Bo egzamin sam się nie zda.

Lub czytać o „halelause som ikke kan favne, som er jordblinde” i mieć nadzieję, że słownictwo wejdzie jakoś do głowy. Przez osmozę.

Z Moniką – Vinterpark

Święto zimy! Od Moniki mogę się uczyć entuzjazmu względem śniegu. Pokazała mi możliwości Vinterparken – gdy sprawdzałam w Internecie, co to, wychodziło, że miejsce do jazdy na nartach, ewentualnie zjazdów saneczkowych. Monika jednak była tam rok temu na spacerze, więc wiedziała, że są śliczne trasy spacerowe. I nawet jeśli w centrum Oslo nie ma śniegu – tam jest. I to dużo.