Czarny piątek, a więc ruszyliśmy w miasto. Niektórzy kupili sobie buty, inni baterie. I pospacerowali po mieście, słuchając energicznej i bardzo dobrej muzyki z musicalu o Aleksandrze Hamiltonie.

czyli pamiętnik z emigracji
Czarny piątek, a więc ruszyliśmy w miasto. Niektórzy kupili sobie buty, inni baterie. I pospacerowali po mieście, słuchając energicznej i bardzo dobrej muzyki z musicalu o Aleksandrze Hamiltonie.

Blachow i Kuba odlecieli rano. Ruszali o piątej, co oznacza, że jestem totalnie niewyspana. Wybraliśmy się na fajną Mszę, na spacer z zachodem słońca na półwyspie Bygdøy, na świąteczny jarmark (tak, zbyt wczesne jarmarki dotarły i tutaj, zresztą – całe to rozkładane badziewie wygląda jak ciut uboższa wersja wrocławskiego).

Jeżeli komuś wydaje się dziwne, że mój mąż odwiedza mnie już drugi raz w zestawie ze swoim przyjacielem – to ma rację. Mnie też wydaje się to dziwne i niepokojące 🙂
W klubie esperanckim wspomnienia o gorącym kongresie młodzieżowym w Afryce. Nie moje wspomnienia, ja tylko jestem pośrednikiem – ja nie poleciałam do Togo. Mogłabym napisać, że to dlatego, że planowałam ten wyjazd do Norwegii, ze wiedziałam, ze nie będę miała możliwości. To nieprawda. Po prostu się bałam i nie ciągnie mnie do Afryki na tyle, by przezwyciężać strach.
Tym bardziej cenię opowieści i zdjęcia moich znajomych i z radością prezentowałam je klubowiczom w Oslo.

Dziś skończyłam 29 lat. Co jest pewnym sukcesem. Rozliczeniowych podsumowań zwykle nie tworzę i raczej nie zamierzam tego zmieniać. Po prostu – kolejny dobry, ba, nawet świetny rok. Jest dobrze.

Tym bardziej że przyjechali do mnie mąż i siostra spędziliśmy razem dwa i pół dnia (od sobotniego popołudnia do dzisiejszego poranka/środka nocy). Było przewspaniale. Co prawda sobotni wieczór spędziliśmy w kuchni na krojeniu i mrożeniu zawrotnych ilości surowego mięsa, a w niedzielę cały dzień padało, tak że wyszliśmy tylko na mszę świętą – do św. Olafa, a poza tym siedzieliśmy na kanapie…

Ale jednak udało nam się wreszcie wyjść na miasto. A tam – było wspaniale:





Tak było. A dziś? Dziś w pracy szkolenie o komunikacji czyli taki wykład z podstaw psychologii komunikacji po norwesku. Bawiłam się świetnie, nauczyłam się paru nowych słów i paru nowych (dla mnie) teorii stosowanych w norweskich firmach.
Z okazji setnej rocznicy rewolucji październikowej (właściwie puczu październikowego) spotkanie w Esperantonii poświęciliśmy rozmowie o przyczynach, przebiegu i skutkach rewolucji – głównie dla esperanta. Rozmawialiśmy o tym przy barszczu z pierogami z kapustą i przy cieście i ciasteczkach z moich urodzin.
Dziś niemal całodzienna wycieczka na półwysep Bygdøy. Godzinne pedałowanie w jedną stronę, w drugą nie wiem, jak długo (sądzę, że dłużej, bo pod górę przez większość trasy). Nie wiem, bo zaliczyłam godzinną przerwę u św. Olafa. No i cztery godziny na wyspie.

Na Bygdøy było pięknie, choć bardzo wietrznie. Obie z Basią byłyśmy uzbrojone w okulary przeciwsłoneczne, a Tomasz – w aparat.
Chodząc po lesie mijaliśmy tłumy Norwegów. Słońce zaświeciło to wyszli. Nie chcieliśmy iść w tłumie, więc szliśmy klifami, nad morzem. Tam Tomasz wypatrywał kadrów.
Jest pięknie.
Słońce zachodzi o godzinie 17:40. Wschodzi o 8:20. W praktyce oznacza to, że wychodzimy do pracy po ciemku, wracamy w dzień, ale po godzinie ćwiczeń i zjedzeniu obiadokolacji za oknem widzę ostatnie promienie słońca…
Dziś ominął mnie element kulinarno-jadalny, gdyż wyciągnąwszy patelnię z szuflady, usłyszałam:
– Chcesz jechać na zachód słońca?
Chciałam. Pojechaliśmy. Na Grefsen, tam, gdzie wcześniej. Było pięknie.


Niestety, ten zachód jak nic innego przypomina boleśnie o mørketida. Nadchodzi czas ciemności, czas jesieni i to nie tej złotej, i czas zimy. Ptaki, które miały w planach podróż na Południe, odleciały. My zostaliśmy.

Ostatnią – jak na razie – porcję zdjęć z okolicy otwiera trup domniemany. Nie wiem, co to robi w pobliżu placu zabaw. To trochę makabryczne jest. Dziwaczne i niepokojące. Ale może działa podobnie jak baśnie braci Grimm, jak norweski Sina Mann – dorosłych przeraża, niepokoi, straszy, a dzieci bawi?
Wysoka postać łapiąca wiatr w dziwnej konstrukcji latawiec wygląda jak z niewinnej baśni:
Tutaj znów diabeł tkwi w szczegółach – przyjrzyjmy się stopom rzeźby:

Jedna stopa beztrosko unosi się w powietrzu, ładna, kształtna, ludzka stopa. Ale postać stoi twardo na ziemi, wspierając się na kopycie. Diabelskie kopyto daje więc oparcie, niezbędne, by lekko tańczyć na wietrze – jak latawiec, pławiący się w powietrzu. Kim jest ta istota?
Na razie tyle. Jest bardzo, bardzo zimno…
Lubię murale. Lubię to, że szarą ścianę można jakoś wykorzystać, tworząc coś w najgorszym razie ciekawego, w najlepszym – pięknego. Mamy różne rodzaje murali, oto ich przykłady z Oslo, po którym spaceruję:
Klasyka gatunku czyli mural na całą ścianę:


Mural -wizytówka czy reklama lokalu parterowego (tu – klinika weterynaryjna):


No i moje ulubione – murale wychylające się (często złowrogo) z równej linii frontów bloków. Zaskakujące i świetne.

