100 dni

100 dni temu opuściłam dom, by udać się w drogę. Dziś jest setny dzień mojej emigracji.

Moi przyjaciele, moi mężczyźni świętują zwycięstwo w zawodach uciekania z pokojów.

Moje przyjaciółki, moje najdroższe bawią się na różnych imprezach we Wrocławiu.

Ja dziś po raz pierwszy od pięciu lat dokonałam płatności kartą. 83 korony: masło, mleko, ciastka, waciki, makaron, pomidory, kukurydza.

Poza tym czytam Vår Gamle Gudelære i jestem szczęśliwa.

Kwiaty, filmy, książki

Narodowym kwiatem, narodową rośliną Norwegii jest jedna z dwóch: wrzos pospolity – røsslyng i skalnica zagłębiona – bergfrue.

Nie bez powodu – obie wytrzymałe, nie mają problemu z życiem na niemal gołej skale. Skalnica kwitnie wiosną, wrzos jesienią, więc dobrze się uzupełniają.

Mnie Norwegia kojarzy się raczej z engkarse – rzeżuchą łąkową. Kwitła w kwietniu 2011 roku i jej białe kwiaty na wysokich łodyżkach zdobiły niemal każdy trawnik w Bergen. Kwiecień i maj należały do niej. Wyżej kwitły wszędobylskie rododendrony (w Bergen) i bzy (w Oslo), ale łąki należały do rzeżuchy.

 /zdjęcie z Bergen, z 2011ego/

Dlaczego myślę i piszę o kwiatach? Siedząc w pracy dowiedziałam się, jak zwie się po norwesku jaskier – smørblomst – masłowy kwiat. Podobnie, jak po angielsku – buttercup – filiżanka masła. Skojarzenie literacko-filmowe. Polski Jaskier to kumpel wiedźmina Geralta, bard i bawidamek. Buttercup to wieśniaczka, tytułowa „Narzeczona księcia” z jednego z moich ulubionych filmów przygodowych.

Kwiaty-filmy-książki – brzmi to jak dobry plan na jesienne wieczory.

 

Powrót Tomka

Dziś w Oslo świeciło słońce. Wreszcie. No i Tomasz wrócił z Evje.

W Evje powodzie i lokalne zalania. Można o tym poczytać na przykład tutaj. Czego się nie przeczyta to tego, że jakiś lokalny pastor widzi w obecnej sytuacji karę za homoseksualne orgie, jakie urządzają mieszkańcy. Upadek obyczajów – więc potop.

Jesień

Kolorowo, być może. Ale pada. Od wczorajszej nocy. Ale jest ciemno. Zimno. Że do domu daleko to chyba oczywiste.

Więc najlepszym pomysłem na spędzenie tego dnia jest po godzinie ćwiczeń – prysznic, piżama, łóżko, książka i słodkie bułeczki.

 

Dziurka

Dziś rozmieniam się na drobne. Bo skoro temat pieniędzy papierowych zainteresował koleżankę, która związuje swoje losy z Albionem (dowiedziałam się przy okazji, że do wyrobu banknotów nylonowych, nowego typu, używa się tłuszczy zwierzęcych, co spotyka się z protestem wegan i muzułmanów – jak się domyślam pobudki obu grup różne, cel ten sam) i kolegę, który jak się dowiaduję, lubi ogarniać symbolikę towarzyszącą nam w codziennym życiu – to może i monety znajdą wielbicieli.

Zwłaszcza, że korony naprawdę zasługują na sympatię. Są urocze z tą słodką dziurką.

Dziurkę mają jedno- i pięciokoronówki. Dziesiątki i dwudziestki nie. Skąd dziurka? Najprawdopodobniej było to jedno z zabezpieczeń (trudniej się podrabiało monety z dziurką). Oczywiście, są teorie, że chodziło o  odróżnienie waluty norweskiej od duńskiej (a gdzie tam!), albo że to dla niewidomych. Dziurki jednak pojawiły się zanim mennice zaczęły się przejmować wzrokiem użytkowników środków płatniczych. I to, że występują na najmniejszych nominałach (przed wojną i do lat pięćdziesiątych dziurkę miał drobiazg o nominale 10 øre!) każe mi się skłaniać raczej ku teorii, że to taka tradycja dziurek, może od nawlekania drobnych na sznurek, i obecnie dziurka nie spełnia żadnej funkcji.

Wspomniane øre to norweski grosz. Nie znajdzie się go jednak na ulicy i nie chuchnie, chowając do kieszeni. Wyszedł z obiegu. Widoczne na zdjęciu miedziane monety po 50 øre i maleńkie srebrne 10 øre – to tylko pamiątki. Dziesiątaka nie wiem, skąd mam, pewnie znalazłam, bo te maleństwa przestano bić w 1991, a wycofano z użycia w 1993. Więc nie miałam już przyjemności nimi zapłacić. Za to 50 øre wycofano jesienią 2012, w rok po moim powrocie z Bergen. Cieszę się, że zachowałam kilka (oczywiście, nie wiedziałam tego, przyjeżdżając, więc wzięłam ze sobą: pieniądz  to pieniądz).

Tak pisząc i myśląc o mamonie – trafiłam wczoraj, rzecz jasna, na Mszę świętą. Trafiłam do kaplicy św. Józefa – na anglojęzyczną mszę studencką obok katedry św. Olafa. I akurat we fragmencie odczytywanej Ewangelii – znów mamona: „Oddajcie więc Cezarowi to co należy do Cezara a Bogu to co należy do Boga” /Mt 22, 21/.

W Norwegii byłby z tym problem. Podobnie jak na banknotach tak i na monetach królów nie uświadczysz. Pojawiają się tylko na rewersach monet bitych na specjalne okazje (tu bije się dwudziestki, jak w Polsce dwuzłotówki). Na monetach możemy podziwiać ozdobne zawijasy – nordyckie ornamenty na jedynce i piątce (i dawniej na 50 øre). Na dziesiątce widać fragment dachu typowego dla kościoła stawowego, a na dwudziestce – dziób łodzi wikingów.

Monety norweskie pokazują: mamy tradycję, mamy historię. Banknoty pokazują: mamy wspaniałych obywateli (wolę to niż królów, takie spojrzenie ma wartość motywacyjną: być takim, jak oni, podczas gdy królowie to tylko historia). Tym bardziej smucą zmiany w projekcie banknotów i ciągłe zakusy, żeby całkiem pozbyć się gotówki i płacić wyłącznie wirtualnymi pieniędzmi… (Ja jak dotąd używałam tylko i wyłącznie gotówki, jeszcze za nic nie zapłaciłam kartą).

Dla dociekliwych – informacje o koronie norweskiej. Ciekawe.

Brannalarm

Ćwiczę sobie brzuch, uda, etc. Ćwiczę w szortach i staniku (Basi nie ma, pracuje, to się nie ubieram specjalnie) – i nagle – alarm pożarowy. Wyje.
Szybko, autoatycznie, jak za dawnych czasów (w Fantofcie w Bergen alarmy pożarowe zdarzały się często i nie milkły do przyjazdu straży): otworzyć okno, odpiąć kaloryfer, komputer zamknąć z kindlem w szafie (gdyby natrysk się włączył); komórka, portfel, paszport, parasol – do torby; bluza, buty – i – na korytarz.

I cisza, cisza która się wzmaga…

Czuję spaleniznę, raczej jak ze znicza niż jak plastik czy drewno, Więc chyba jest dobrze – wracam. I drugi raz – powtórka!

Tym razem łapię sąsiada z tego samego segmentu (segment to nasze mieszkanie, kawalerka i wspólny przedpokoik z drzwiami przeciwpożarowymi).

To u niego, pokazuje mi Armageddon u siebie – z 10 resztek świeczuszek w zlewie ciepnięte, cała ścianka nad zlewem aż czarna, gęsto od dymu, otworzyliśmy szerzej okno, drzwi na korytarz otwarte, umilkło.

No, to w tygodniu od niego się dowiem, czy będzie musiał karę za odpalenie alarmu płacić, czy nie, bo włączył się tylko u nas w segmencie i opanowaliśmy sytuację.

„Bo to co nas podnieca…

… to się nazywa kasa, a kiedy w kasie forsa to sukces pierwsza klasa!”

To jasne, że jest to powód, dla którego tu jestem. Kasa. No i dziś będzie o kasie. Koleżanka (dziękuję, Paula) przypomniała mi zabawnym obrazkiem o tym, że miałam napisać o pieniądzach. Otóż Norwegia powoli wymienia banknoty na nowe. Ale nie tak subtelnie ani tak jednocześnie jak niedawno w Polsce. Zastąpią nie tylko materiał i zabezpieczenia, ale wprowadzają całkiem nowe projekty – powoli. Na razie pojawiły się nowe banknoty 100 i 200.

Do tej pory na banknotach są sławni, ważni dla Norwegii ludzie. Teraz mają ich zastąpić symbole. Norweskie gazety już piszą o tych nowych banknotach jako o najpiękniejszych na świecie. Czy ja wiem…

Na banknocie 200-koronowym można spotkać jeszcze do maja przyszłego roku tego pana:


To Kristian Birkeland, naukowiec, który wyjaśnił mechanizm powstawania zorzy polarnej. Na odwrocie przedstawiono jeden z jego najbardziej znanych eksperymentów. Tego oto człowieka zastąpi…. dorsz.

Obecnie banknot 100-koronowy zdobi portret Kirsten Flagstad (jest to jedna z dwóch kobiet, którymi można płacić, druga jest na 500-tce).

Była znaną śpiewaczką operową i pierwszą dyrektorką opery w Oslo. Na rewersie dlatego właśnie znajduje się plan opery. Do tej pory bowiem każdy rewers opisuje osobę sportretowaną na banknocie. Już niedługo…  Kirsten zostanie zamieniona na łódź wikingów, a plan opery zastąpią paski.

Reszta banknotów zostanie wprowadzona na jesieni 2018 roku. Ja – żałuję. Tak, oczywiście, te projekty są ładne (chociaż latarnia morska, która ma zastąpić mojego ulubionego Petera Christena Asbjørnsena (przyrodnika, romantyka, który spisywał baśnie) jest dla mnie zagadką. Jakby nie mogli tam dać góry, w końcu Norwegia słynie z pięknej, dzikiej przyrody. A skoro na 1000 ma być fala morska, to góra na zielonej pięćdziesiątce byłaby jak znalazł.

Oczywiście, każdy może ocenić sam. Ja się cieszę, że przyjechałam jeszcze teraz, póki pieniądze są miłe w dotyku, a nie plastikowe. I na zielonym mam romantyka i nenufary.

Dobra zmiana?