Blachow, Kacper i pogodny weekend

Krótko, bo padam na twarz. Dziś w nocy odjechali, odlecieli Blachow i Kacper – przyczyna, dla której nie pisałam i powód, żeby przyjemnie spędzić weekend. Pogoda ułatwiła i było bardzo zimno co prawda, ale pięknie.

Zwiedziliśmy Stortinget, Akershus, Ekeber, Nasjonallgaleriet. Jedliśmy i odpoczywaliśmy na kanapie. Ot, taki dobry czas.

200 dni

Mija właśnie dwieście dni od mojego wyjazdu z Polski. Pomysłu na podsumowanie brak, więc może statystyka?

Od momentu wyjazdu spędziłam z mężem 35 dni, co stanowi niemal 18% tego czasu.

Z Polski przyleciało na wizytę na Lørenveien 7 osób: Julia, Blachow, Paula, Kuba, Basia, Daria, Kacper. Blachow i Kuba kilkukrotnie.
Odwiedzili nas tutejsi przyjaciele – Kasia i Torbjorn.

Uczestniczyłam w conajmniej piętnastu grupowych rozmowach za pośrednictwem Internetu. Ot, namiastka życia ze znajomymi.

6 dni spędziłam w Polsce.

Uwierzyłam, że nawet w XXI wieku, przy nieograniczonym dostępie do inernetu, a przez internet – do wszystkich – tęsknota jednak może istnieć.

Transport publiczny i piechota

Podjechałam do Muzeum metrem, żeby na pewno zdążyć, bo z pracy nie mogłam wyjść wcześniej niż godzinę przed czasem – mieliśmy konferencję ze Szwecją i Finlandią. W metrze niemiła niespodzianka – podniesiono ceny biletów.

Śnieg zdążył stopnieć przez dwa dni uporczywego deszczu, spod niego wyłoniły się znów cytaty Ibsena na Karls Johanns Gata. Warto patrzeć pod nogi.

Krótko, bo  mam gości. Więc świętuję.

Artemis, ćwiczenie, oczekiwanie

Od nocy pada deszcz i topi białą kołdrę śniegu. Niby nic, ale trochę żal.

Po pracy ćwiczenia („pizgam żelazo”), ćwiczenia z norweskiego, sprzątanie, szybki posiłek, prysznic i rozmowa na Skype o „Artemis”. Autor „Marsjanina” napisał książkę, która podobała się mnie, mężowi i – nikomu więcej. Cóż, jeśli się nie znamy na literaturze – to przynajmniej razem.

A razem będziemy już jutro.

Kiedy byłam mała uwielbiałam piosenkę Majewskiej „Jeszcze się tam żagiel bieli” i szczerze wierzyłam, że „męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać”… Chyba coś zrobiłam nie tak…

Et dukkehjem Ibsena

Przeczytałam i obejrzałam Dom lalek Ibsena – w oryginale. Wreszcie coś konkretnego. No i znów, jak za starych studenckich czasów, wkurzam się na Norę. Ale tym razem przeczytałam pocieszającą anegdotę.

Najstarszy syn Ibsena opowiadał o powstawaniu dramatu i o scenie, która miała zawarzyć na losie rodziny Helmerów. Torvald miał pokazać Norze śpiące dzieci, co miało ją skłonić do pozostania w domu. Jednak żona autora, Suzanna, bardzo się zdenerwowała tym zwrotem akcji i stwierdziła, że tak nie może być. Kłótnia małżeńska Ibsenów o Helmerów trwała dwa tygodnie, aż Suzana postawiła sprawę jasno: Albo Nora odejdzie, albo ja!

I tak domek lalek musiał się rozpaść.

Inna ciekawostka – po chińsku feminizm nazywa się nuola zhuyi (dosłownie: „noraizm”) właśnie od imienia bohaterki Ibsena.

Hiszpańskie modlitwy i znów świeci słońce

Trafiłam na hiszpańską Mszę w kościele św. Józefa. To nie jest tak, że zapamiętanie, kiedy jest jaka Msza jest dla mnie trudne. Nie. Jest po prostu  niemożliwe.

Modliliśmy się po hiszpańsku. Nikt nie starał się mówić rytmicznie, jak to ma miejsce na nabożeństwach polskich, norweskich, angielskich, tak, że w recytacji tłumu da się rozróżnić słowa. Nie, tu każdy mówił po swojemu, więc bez wyświetlanego tekstu nie wiedziałabym, co właściwie mówimy.

Za to Barkę poznałabym tak samo łatwo.

Gdy wracałam z tej Mszy pełna radości i słońca (hiszpański język już tak mi się kojarzy) – słońce zaświeciło i tutaj, w Oslo. A ja się z tego wszystkiego zgubiłam (tak, na drodze, którą już przeszłam co najmniej 25 razy) i znalazłam nowe grafitti.

A w domu – czas na norweską gramatykę i Et dukkehjem Ibsena.