Najcieplejszy maj w Oslo

Oto dziś dowiedziałam się, że miałam przyjemność spędzić tu rekordowy miesiąc. Najcieplejszy maj w Oslo odkąd prowadzi się takie notowania.

Skłamałabym, twierdząc, że mnie to wcale nie martwi. Ale nie powiem, że mnie to nie cieszy. Bo mi tu ciepło, słonecznie i dobrze. Dni są długie – słońce wschodzi o 4:10, zachodzi o 22:20. Właściwie przez całą noc niebo tylko nabiera granatu, już nie czernieje. Te długie dni są słoneczne i przyjemne – o pracy można jeszcze pojechać na miasto, posiedzieć na ławce nad morzem,  z książką w ręce.

Teraz odrabiam wcześniejsze wyjście w poniedziałek, więc pracuję do 16:00. O 16:00 mogę spokojnie sobie wyjść za blok i ćwiczę w słońcu, na trawie. Nie przeszkadzam dzięki temu Basi.

Nie mogę narzekać na tę pogodę, dla mnie jest idealna. Martwi mnie jednak stopień zagrożenia pożarowego w okolicznych lasach. Jest za sucho. Czekam na burzę. Na przykład taką, jak ostatnio we Wrocławiu.

Zdjęcie autorstwa Blachowa. Prawdziwa wrocławska burza. Tęsknię za taką.

Między zegarem a łóżkiem

Kolejna odsłona Muncha, kolejne odwiedziny w jego muzeum w Oslo. Tym razem wystawa dotyczy tylko jego obrazów, żadnych artystów dodatkowych, sam Munch. Punktowe światła, tym razem białe ściany, w ramach urozmaicenia dziwaczne (dizajnerskie!) kanapo-ławki w kształcie czarnych elips pośrodku sal:

38 obrazów. Żeby nie było nudno i monotonnie – broszurka ze szczegółowymi opisami i refleksjami na temat kilku wybranych obrazów. I majstersztyk na koniec – „pracownia malarska”, w której można usiąść, narysować coś inspirowanego właśnie obejrzanymi obrazami, posłuchać o autoportretach malarza lub zastanowić się nad tym, w jak różny sposób można opisać jedno dzieło:

Większość prezentowanych prac to autoportrety. I jeden z nich zrobił na mnie rzeczywiście wrażenie. Nie znałam go wcześniej, a tu tak przyjemne barwy na płótnie. Towarzystwo Madonny mogło mu tylko pomóc – przyciągana jej magnetyzmem, poświęciłam też uwagę „Autoportretowi w piekle” – bo tak się nazywa ten niewielki obraz:

Podsumowując wrażenie – nie, nie polecam. Nie żałuję, że poszłam, w końcu zostało mi tu niewiele czasu. Ale nie, nie polecam, by płacić za wstęp i snuć się jak duch po białych korytarzach. Trochę za ciemno, za nudno, zbyt dizajnersko.

Sommerpark – wspomnienie zimy i lata z Bartkiem

Obiecałam, że opowiem o całodniowej wycieczce z Blachowem. Tydzień temu mieliśmy sobotę dla siebie i chciałam iść gdzieś w naturę. Bartek zaproponował:
– Może to miejsce, gdzie byliśmy z Moniką?
– Vinterpark?
– Tak. Raczej już nie będzie tam śniegu. I zobaczymy, jak teraz wygląda.

I to był bardzo dobry pomysł. Bo park zmienił się nie do poznania, nawet nazwa już nie była ta sama:

Staraliśmy się odtworzyć trasę, którą przeszliśmy z Moniką, ale też przejść dalej – dookoła jeziora, do parku linowego i tak dalej. Pogoda była cudowna, jasna zieleń młodych liści cudnie dopełniała ciemniejsze odcienie iglaków. Było doskonale!

Na zdjęciu-okładce tego wpisu siedzimy razem z Bartkiem na starej, bardzo zniszczonej skoczni (wiem, że plecak leży bez sensu i psuje kompozycję, ale wierzcie mi, jakoś nie miałam do tego głowy…). Tak wygląda ta skocznia w całej okazałości. Ewidentnie nieużywana od lat.

To tyle na dziś. Garść wspomnień sprzed tygodnia, bo dziś 8 godzin w pracy, powrót do domu, bo gorąco i Msza święta w języku angielskim. Więc nic ciekawego – wspomnijmy zeszłą sobotę.

Praca, Dzień Matki i sokół na wędce

Nadgodziny weekendowe, więc grzech nie skorzystać. Pracowałam więc 12:00-20:00, jutro kolejne 8 godzin. Ale skoro jest możliwość, a akurat nie mam gości, to grzech (konkretnie: lenistwo) nie pracować!

Wczoraj graliśmy w gry zespołowe – w ramach integracji. Trochę to dziwi, że roboty dużo, na tyle, że pracodawca prosi o nadgodziny, ale i tak – na budowanie zespołu w formie głupawych zabaw – musi być czas. Trochę mnie to śmieszy a trochę cieszy.

Dziś jest również Dzień Matki. Drugi raz nie jestem z mamą w okolicy tego dnia – 7 lat temu mama odwiedzała mnie niecałe dwa tygodnie wcześniej, tym razem – za niecałe dwa tygodnie. Nie mogę się doczekać!

Tak było w 2011. Fløyen, Bergen.

Na koniec – wyjaśnienie fotki z sokołem na żyłce. Tu bardzo wiele budynków ma na czubkach taką wędkę, na sztorc, i na żyłce – sokoła z materiału latawcowego. Ten sokół „lata” na wietrze i odstrasza mniejsze ptaki. Ale czasem zdarzy się, że wędka padnie – i wtedy to wygląda jakby ktoś z wysokości dachu łowił ptaki. Na wędkę.

Bzy kwitną

I w sumie nie mam dziś nic do napisania. Wszystko co się wydarzyło, wydarzyło się daleko, u moich bliskich, w Polsce. Więc tęsknię.

Visning z drugiej strony

Między 16:00 a 16:30 miałyśmy dzień otwarty czyli visning. Tym razem to nie my biegłyśmy oglądać mieszkanie, ale to nasze mieszkanie było oglądane. Przyszły 4 zestawy ludzi: trójka Włochów, para Norwegów, para Norweg+przyjezdna z dzieckiem (przyszli bez dziecka, dziecko wynikło z rozmowy), para obcojęzyczna i bardzo małomówna. Najbardziej gadatliwi byli oczywiście Włosi.

Pytania były nawet udane: o ciszę, o kurz, o kaloryfery, o przedszkole, o sklepy czy przystanki metra, etc. Mówiłam o absurdzie domofonowo-dzwonkowym (że zarówno domofon jak i dzwonek do drzwi jest przy drzwiach wejściowych do przedpokoju dzielonego z Tomasem z kawalerki – i go nie słychać u nas, zresztą, pukania też, no bo jak, więc jak się czeka na gości to trzeba na oścież drzwi otwarte zostawiać), mówiłam o kurzu z budowy i o tym, jak dobrze wyciszone są ściany, i jak fajne jest ogrzewanie podłogowe. Basia opisywała odległości do przystanków, sklepów i mówiła o szczelnych oknach, ogólnie – było miło.

Poza tym popołudniami i wieczorami gram w grę. Tym razem jest to gierka online, w której staram się nie głodować – czyli jak w życiu – a razem ze mną stara się o to mój mąż. Totalnie jak w życiu. W życiu jednak nie ma grafiki jak z filmu Burtona i dziwacznych walczyków, wygrywanych w najdziwniejszych momentach (chyba że liczyć te rozbrzmiewające w mojej głowie), w życiu rzadko biega się po lesie zabijając pingwiny czy żaby… No i ja na przykład w prawdziwym życiu nie ścięłam jeszcze żadnego drzewa. A i walczyć z cieniami na śmierć i życie zdarza mi się tylko metaforycznie. Gra jest w niepokojący sposób wciągająca mimo oczywistego braku fabuły.

Tu zabił mnie jakiś straszny potwór i zmieniłam się w duszka. I jestem smutnym duszkiem. Poza potworami zabija ciemność, zimno, gorąco, tytułowy głód, przemoknięcie czy strach.A tu przyglądam się, jak zamarzły walczące z psami muflony. I psy też.

Bergenstesten bestått czyli zaliczone!

Spieszę donieść, że obie zaliczyłyśmy Bergenstest – egzamin norweski na wyższym poziomie. Można świętować!

Żeby dodać do szampana nutkę goryczy – gorzej poszedł ustny. W egzaminie pisemnym zaliczone wszystkie części, czyli cały test zaliczony. W ustnym na 6 kryteriów – dwa pozostają niezaliczone: grammatikk i uttale czyli gramatyka i wymowa. Gramatyka czyli np. umieszczanie odpowiednich słów w odpowiednim miejscu zdania. Daję radę na papierze, ale w żywej mowie jest mi trudno i często coś przestawię. Nie zaburza to komunikacji, ale jest błędem. No i wymowa. W opisie tego kryterium oceny podali, że żeby zaliczyć wystarczy, by wymowa nie uniemożliwiała zrozumienia – że akcent z języka ojczystego nie powinien przeszkadzać w rozmowie. Cóż, tu wydaje mi się, że mój, choć jest mocny i ewidentnie polski, nie powinien uniemożliwiać zrozumienia.

Zaskoczyło mnie, że zaliczyłam wszystkie inne kryteria: produksjon czyli wyrażenie swojego zdania i jego obrona, ord og uttrykk – dosłownie słowa i wyrażenia czyli bogactwo językowe, flyt czyli płynność, interaksjon – interaktywność? Ja to zapamiętałam inaczej, ja bym sobie tylko tę obronę swojego zdania zaliczyła.

Jednak to pisemny egzamin liczy się bardziej, to pisemny daje certyfikat. Ustny jest wymagany dodatkowo jedynie w norweskiej służbie zdrowia. Z nią staram się nie mieć do czynienia.