Zesłanie Ducha Świętego, w Polsce popularnie nazywane Zielonymi Świątkami (eh, te nasze pogańskie korzenie na każdym kroku wmieszane w chrześcijańskie realia…) w krajach anglosaskich nazywane jest z łaciny po prostu Pentacoste – pięćdziesiątnica. Stąd powinno przypadać w 50 dni po najważniejszym wydarzeniu – zmartwychwstaniu. Tradycyjnie to – podobnie jak Boże Narodzenie i Wielkanoc – święto dwudniowe i wtedy rachunek się zgadza. Ale jakoś tak wyszło, że w katolicyzmie obchodzi się je bardziej w niedzielę, a protestanci jednak zgodnie z matematyką zachowują dzień 50ty. I w krajach protestanckich – obok Norwegii np. Dania, Niemcy, Holandia, Szwajcaria – poniedziałek jest wolny od pracy.
(W Polsce też był, ale w międzyczasie mieliśmy komunizm i w 1951 odwołano wolną pięćdziesiątnicę. W 2010 Sejm mógł ją przywrócić, ale skupił się na Objawieniu Pańskim – i tak mamy wolny 6 stycznia, komunistycznie odwołany w 1960. I ja się oburzam, i ja się pytam, po co komu styczniowy dzień, kiedy mógłby być majowy lub czerwcowy? A i tak po chcrześcijańsku – jakoś Duch Święty wydaje mi się ważniejszy niż mędrcy ze Wschodu…)
Dziś odpoczywam, ćwiczę, opalam się. Bartek pojechał. O naszej wycieczce krajoznawczej opowiem potem. Dziś trochę tu pusto.
Dziś święto. Najważniejsze święto w Norwegii. Jednocześnie dzień niepodległości i święto konstytucji, bo w roku 1814 w Eidsvoll podpisano konstytucję głoszącą suwerenność Norwegii. Niepodległość trwała 3 miesiące, ale kolejny właściciel Norwegii – król Szwecji – zachował większość jej ustaleń, więc ostatecznie wszystko się dobrze skończyło.
Tego dnia główną ulicą Oslo, Karl Johanns Gate, przechodzi od dworca, obok Stortingu, aż do pałacu królewskiego parada dzieci. Pomiędzy poszczególnymi szkołami przechodzą też, grając, dorosłe orkiestry z tych dzielnic. Z okna Stortingu macha do nich prezydent parlamentu, a na końcu trasy wita dzieci z balkonu rodzina królewska. Cała ulica pełna jest ludzi z flagami – zwykle w bunadach, tradycyjnych strojach ludowych, różnych dla różnych rejonów Norwegii. (Słowo bunad wywodzi się także ze staronordyckiego búnaðr – sprzęt gospodarstwa domowego, ubranie. Na kostiumy ludowe – folkedrakter – używa się go dopiero od XX wieku, ale za to dość zdecydowanie).
Jest pewna grupa, która bunad nie nosi, a są to russy, o których już pisałam. Czasami idą wszyscy razem, na końcu, w tym roku – grupy russów szły ze swoimi szkołami. Dziś ostatni raz idą w barnetoget – paradzie dziecięcej. W najbliższych tygodniach czekają ich matury, więc już koniec zabawy.
Flagi w oknach, na masztach przy domkach. Tłumy ludzi bunadach, wymachujących flagami. W sklepach – wiązanki granatowych, czerwonych i białych kwiatów. Nawet wystawy sklepów dostosowuje się do nastroju i wymienia na ten dzień na pełne granatu, bieli i czerwieni.
Wspaniale było spędzić ten dzień w Oslo i z Bartkiem. 7 lat temu 17. maja byłam również w Oslo, ale – całkiem sama. I tak dobrze wspominam tamten dzień, ale ten – przyćmił tamto święto. Od teraz będę wspominać ten dzień.
Jutro przylatuje Blachow, więc dziś trwały przygotowania. Zakupy zrobione, obiad ugotowany – czas na malowanie powitalnych ciasteczek.
To ostatni zaplanowany przyjazd mojego męża. Potem aż do powrotu będę sama, to znaczy: bez niego. 67dni od jego odlotu do momentu, gdy przygoda się zakonczy i wrócę. Tyle też serduszek w poniedziałek upiekłam a dziś – malowałam.
Co kraj to obyczaj, a dziś chcę napisać o młodzieży w czerwonych spodniach, chodzącej od końca kwietnia po Oslo. Chodzi o Russy – czyli norweskich arbiturientów.
Przed dalszą lekturą – polecam piosenkę, która może pozwoli wczuć się w ten klimat. Kiedy uczyłam się do egzaminów, słuchałam norweskich piosenek na youtube – a że ta platforma lubi podpowiedzieć coś zaskakującego, wylosowała dla mnie taki oto letni przebój, który pasuje idealnie do russów: Du er ung en gang – Tylko raz jesteś młody.
Więc – russ to tradycja wywodząca się z duńskich uniwersytetów (jeszcze z czasów, gdy w samej Norwegii uniwersytetów nie było, czyli z XVII wieku). Przyszli studenci, zjeżdżający do Kopenhagi dostawali od starszych rogi, które musieli nosić do zdania egzaminu wstępnego. Po egzaminie mogli róg zrzucić i iść świętować ze studencką bracią. Zrzucanie rogów – łac. cornua depositurus – zostało okrojone do dzisiejszego krótkiego russ. Ale dzisiejszy russ jeszcze studentem nie jest, ba, nawet jeszcze nie zdał matury!
Egzaminy kończące videregåendeskole – liceum – odbywają się od 1979 roku po 17 maja. A licealiści już od ostatniego piątku kwietnia stają się russami. I, co zabawne, chodzą nadal do szkoły, choć nauczyciele dobrze rozumieją, że należy się czerwonospodniowcom taryfa ulgowa.
Przepoczwarzenie w russa oznacza bowiem przywdzianie charakterystycznych czerwonych ogrodniczek (choć obecnie można spotkać i inne kolory, dające znać, co właściwie kończy russ: czerwony kolor to ogólniak, niebieski – liceum ekonomiczne, czarny – technikum, zielony – szkoły o profilu rolniczym i agroturystycznym), które następnie się odpowiednio personalizuje naszywkami, podpisami, guzikami, etc. Poza spodniami konieczne są charakterystyczna czapka i bambusowy kijek. Taki russ stereotypowo pije i uprawia seks, równie stereotypowo się nie myje, za to szaleje i szlaja się nocami, a do tego razem z kumplami zrzuca się na bus, którym nocami jeżdżą i zakłócają spokój.
Tyle stereotyp. A praktyka? Busy to droga zabawa. Owszem, tradycyjna, ale droga. Dlatego wiele russów obchodzi się bez busów. Za to seks i alkohol – owszem, są w modzie i wpisują się w to święto idealnie. Do tego dochodzą wyzwania, które mogą teoretycznie dotyczyć wszystkiego – ale całkiem sporo kręci się wokół seksu i alkoholu. Na przykład wyzwanie dotyczące uprawiania seksu na rondzie, o czym można było nawet poczytać w polskich internetach: Urzędnicy apelują, by uczniowie nie uprawiali seksu na rondach. Policja odnotowała, że w internecie pojawiały się wyzwania o stosunki na rondach i o przebieganie nago jednego z mostów, więc uprzedziła, że będzie wyłapywać śmiałków.
Tradycja russowego szaleństwa budzi niechęć części społeczeństwa. do tego stopnia, że w 1997 oficjalnie odwołano świętowanie: „Każdy kto nosił strój Russ miał zostać aresztowany i dowieziony do domu. Jednak tradycja była na tyle silna: że ani policjanci, ani rodzice, ani nauczyciele nie egzekwowali zarządzeń”. Ja nie widzę w tym nic złego, zwłaszcza, że tutaj w zeszłą niedzielę widziałam russy w parku, na spacerach z rodzicami i młodszym rodzeństwem, a w tę niedzielę na norweskiej Mszy świętej zobaczyłam, że jeden z ministrantów jest tegorocznym russem – nie służył przy ołtarzu, ale zebrał stadko dzieci do modlitwy wiernych i pomagał dzieciakom w zorganizowaniu się do procesji z darami.
Całe świętowanie kończy się 17 maja. Zazwyczaj russy zamykają barnetoget – pochód dzieciaków z różnych szkół. Russy kończą pochód i pochód kończy russy. Czekam na to niecierpliwie, bo w 2011 było to wspaniałe widowisko. Informacje dotyczące historii tradycji wzięłam z portalu moja norwegia i z norweskiej wikipedii, skąd też pochodzą zdjęcia.
Bzy szykują się na 17ego maja. Wszystko musi być gotowe i najpiękniejsze na święto konstytucji.
Dziś ja i mój rower zwiedzaliśmy dokładniej dzielnicę Gamle Aker – tę, na której znajduje się kościół św. Olava. Nie znalazłam tak interesujących murali, jak na Tøyen, ale za to kwitnące wiosenne drzewa. A po zjechaniu większości ulic w tej części miasta – wygrzewałam się pod Stortingiem, oczywiście z książką w ręce.
Nie pisałam o tym wcześniej, bo wciąż nie była to sprawa zamknięta. Ale tak, już oficjalnie: złożyłam wypowiedzenie. Dokładniej – już mam za sobą 4 z 5 etapów rozstania z oddziałem norweskim: w lutym powiedziałam szefowej, że będę wracać do Polski; w kwietniu złożyłam wypowiedzenie; jeszcze w kwietniu otrzymałam potwierdzenie przyjęcia tegoż i formularz do uzupełnienia; teraz, w maju, pojawiło się ogłoszenie o pracy – na moje miejsce. Piątym, ostatnim, etapem będzie ostatni dzień pracy.
Powiedziałam szefowej już w lutym, żeby już wiedziała, żeby wszystko było jasne. Że będę wracać pod koniec lipca. Jej reakcja mnie zaskoczyła emocjonalnością. To było w pewien sposób miłe, ale jednak zaskakujące przede wszystkim. Powiedziała, żebym sprawdziła sobie lot i od razu złożyła wniosek urlopowy na ostatnie dni. Co też zrobiłam, a ona szybko mi potwierdziła ten urlop.
Obecnie wszystko jasne – wracam w piątek, 27ego lipca. Ostatni dzień mojej pracy tutaj wypada więc w moje imieniny. I lecę je świętować z bliskimi. Pięknie.
Ofertę pracy przesłałam dalej. Teraz trzymam kciuki za tego, kto zajmie moje miejsce. Mam nadzieję, że wszyscy będą z tą nową osobą zadowoleni.
Oczywiście, wiadomość do najbliższych wysłałam od razu po ustaleniu daty. Dlatego informowałam zimowym zdjęciem.
Dziś Kristi himmelfartsdag czyli Wniebowstąpienie Jezusa. Z tej okazji w Norwegii przysługuje dzień wolny od pracy. Wybraliśmy się więc na wycieczkę – na pobliskie wzgórze Årvollåsen. W lesie zachwyca świeża zieleń młodych liści i miękkość mchów (na zdjęciu płonnik). Przekwitły już niemal wszystkie przylaszczki, kwitną obecnie zawilce.
W Årvollåsen był dawniej kamieniołom. Obecnie już nie, ale zostały wielkie kamienne „schody”, po których mogliśmy się wspinać i wylegiwać się na nich jak jaszczurki. Jaszczurki zresztą właśnie tym się zajmowały.
Poza tym podziwialiśmy widoki, a ja pracowałam nad poprawieniem moich skrzydeł. (Zdjęcia, na których latam zawdzięczam Basi).